...
Dom SportAgnieszka Radwańska gotowa na wielki krok. „Jeśli zadzwoni telefon…”

Agnieszka Radwańska gotowa na wielki krok. „Jeśli zadzwoni telefon…”

przez admin

Zawartość

– Na razie jestem z Magdą Linette, ale jeżeli byłby kiedykolwiek telefon, to jestem zawsze otwarta, żeby pomóc – deklaruje Agnieszka Radwańska w długim wywiadzie, w którym szeroko analizuje obecne trudności Igi Świątek. Słynna była tenisistka wskazuje też rzeczy, których poprawa – według niej – pomogłaby wrócić zdobywczyni sześciu tytułów wielkoszlemowych na właściwe tory. Jedna z nich dotyczy komunikacji.

– Nie wiedziałam, w co się pakuję – przyznaje z uśmiechem Agnieszka Radwańska, gdy pytam ją o współpracę z Magdą Linette. I choć potrzebowały czasu na dotarcie, a występująca w roli konsultantki finalistka Wimbledonu 2012 czasem gryzie się w język, to teraz obie są z tej współpracy zadowolone. Była druga rakieta świata chętnie się dzieli swoim doświadczeniem i obserwacjami. I w wielu aspektach dobrze rozumie mierzącą się obecnie z trudną sytuacją Igę Świątek. M.in. pod kątem słów, które trzecia tenisistka globu wypowiedziała po niedawnym odpadnięciu w trzeciej rundzie Wimbledonu, a które były różnie interpretowane.

Zobacz wideo Rozbrajająca odpowiedź Chwalińskiej. To zapamięta z Roland Garros

Agnieszka Niedziałek: Jako zawodowa tenisistka bardzo lubiłaś startować w Wimbledonie, teraz regularnie wracasz jako uczestniczka tutejszego turnieju legend. Bez stresu związanego z walką o wielką stawkę została czysta przyjemność z gry?

Agnieszka Radwańska: Muszę powiedzieć, że akurat we wtorek, w pierwszym meczu, było ciężko, bo bardzo wiało. Otwarty kort, do tego lewa ręka Lucie Safarovej. Ale to Karolina miała z tym problem, bo ona grała na stronie równowagi. Ale ogółem fajnie się grało. Nawet jak przegra się mecz, to zyskuje się kolejne fajne wspomnienie z kortu i okazję do powspominania meczów, jakie grałyśmy przeciwko sobie w tourze.

Z Caroline Wozniacki przyjaźnicie się od dawna. Podczas wspólnego występu, pierwszego takiego na sportowej emeryturze, dostrzegłaś w niej coś nowego?

– Odkąd się przestaje grać, to w ogóle życie jest inne. Inaczej się na pewne rzeczy patrzy, jest się też troszkę inną osobą. Na tourze wszystko jest takie trochę sztywne, spięte. Wiadomo, każdy jest wtedy tutaj w pracy i myśli już o kolejnym meczu, treningu, odpoczynku oraz planie na kolejne dni. A teraz jest pełen luz. Możemy wyjść, wrócić, gramy, nie gramy. Rozgrzewamy się. A jak ktoś nie ma czasu, to się po prostu nie rozgrzeje. To są tak naprawdę dwa zupełnie różne światy, nie ma nawet co porównywać.

Ten obecny świat to takie tenisowe wakacje?

– Trochę tak. Oczywiście, gramy na poważnie, ale też nie tak, żeby się pozabijać i zrobić sobie czy komuś krzywdę. Po meczu rozmawiałyśmy o tym, że fajnie byłoby mieszkać w miejscu, gdzie są takie dziewczyny, które kiedyś grały i można byłoby się umawiać na takie deble. To naprawdę świetna sprawa. Z singla już nie ma takiej przyjemności – kosztuje jednak trochę więcej sił. Bieganie po całym korcie jest bardziej męczące, a lata lecą, PESEL-u się nie oszuka. Ale treningi mam w wersji singlowej i lubię je.

Na początku Wimbledonu udzieliłaś wywiadu, w którym – odnosząc się do sytuacji Igi Świątek – powiedziałaś, że musi być spokój poza kortem, by był też na korcie. Na korcie jednak za spokojnie u obrończyni tytułu tu nie było. W jej głowie wciąż jest za dużo chaosu?

– Troszkę tak. Ogólnie tenis jest sportem, w którym mecz może trwać dwie-trzy godziny i wiadomo, że gorsze momenty oraz chwile dekoncentracji mogą się zdarzyć. Chodzi o to, żeby ten czas był jak najkrótszy i jak najmniej nas kosztował wynikowo. Żeby nie grać takimi dużymi falami. Iga, niestety, przegrała tu mecz trzeciej rundy [z Alexandrą Ealą 6:7, 2:6 – red.], gdy straciła cztery pierwsze gemy w drugim secie. To jest za duża fala, by wygrać potem takiego seta. Mimo że potem walczyła i goniła, to było już trochę za późno.

Kiedyś słynęła z tego, że potrafi wychodzić obronną ręką z sytuacji niemal beznadziejnych.

– Ale chyba nie aż takich. Wtedy te fale nie były aż tak duże, to było w zupełnie innym stylu. Nawet jak przegrała kilka gemów, to nie tak – teraz to była chwila, moment. Ta pewność siebie gdzieś tam ucieka, spada. Wydaje mi się, że bardzo dużo tego jest w drugich setach. Ten pierwszy w meczu z Ealą nie był zły, stał na wysokim poziomie. Był solidny, bardzo intensywny. Wiadomo, można było parę piłek trochę lepiej zagrać, ten tie-break trochę Idze uciekł, ale to ogólnie był dobry tenis i fajnie się to oglądało. Miałam więc nadzieję, że ten drugi set też taki będzie. Ale jak Iga weszła po przerwie na kort, to wszystko jej się troszeczkę rozsypało, co ją potem kosztowało – niestety – stratę tego seta. Faktycznie, kiedyś może było tak, że w takiej sytuacji wchodziła na ten kolejny poziom. Nawet jak miała sporą stratę, to była w stanie jeszcze docisnąć i ją odrobić. Teraz te break pointy pouciekały.

Maja Chwalińska – w porównaniu do Igi Świątek – swój pierwszy wielki i niespodziewany sukces osiągnęła trochę później, nie na całkiem początkowym etapie kariery. Wcześniej sporo przeszła, jest dojrzalszą osobą, zawodniczką i patrzy już na świat inaczej. Twardo stąpa po ziemi. Pod tym względem przypadek Igi wydaje się trudniejszy.

– Tak, to są dwa zupełnie inne przypadki. Mam nadzieję, że fakt, iż Maja jest po tych wszystkich przejściach – kontuzjach i przerwie w grze związanej z depresją – daje jej poczucie, że ten najgorszy czas ma za sobą. Że teraz będzie się cieszyć tym, że jest tutaj, że gra, że czuje się dobrze i wygrywa. Że dotarła do finału Wielkiego Szlema i że jest w trzydziestce światowego rankingu. Wiadomo, łatwo się mówi, ale mam nadzieję, że ma to tak poukładane w głowie, że to wszystko, co przeżyła wcześniej, przekłuje w coś dobrego. I że teraz, wychodząc na kort, będzie miała taki luz, będzie po prostu cieszyć się chwilą i tym, że gra w tenisa, co kocha najbardziej.

Czy Huberta Hurkacza, który dwukrotnie w odstępie dwóch lat kreczował w Wimbledonie z powodu kontuzji doznanej na tym samym korcie, można określić największym pechowcem we współczesnym polskim tenisie?

– Pechem bym tego nie nazwała, ani jego pechowcem. Wielki Szlem w męskim singlu niestety wyróżnia się tym, że gra się do trzech wygranych setów. Wiadomo, Hubert jest po różnych przejściach, po kontuzjach i po przerwach, a intensywność gry na Szlemie jest inna. To wszystko kosztuje więcej zdrowia. Widzieliśmy tu Huberta, który grał świetnie od samego początku, a nie miał łatwego losowania. Niestety, ciało dostało po prostu swoją dawkę i w piątym secie 1/8 finału już nie wytrzymało. Choć problemy zaczęły się już wcześniej w tym meczu. Tak czy inaczej ciało po prostu już nie wytrzymało tego napięcia, tej intensywności gry. Ale takie rzeczy się zdarzają. Tym bardziej kiedy się jest po przerwie, po zmaganiu się z innymi rzeczami. To może nie być ta sama kontuzja, ale w ciele to wszystko się łączy.

Obawiasz się, że w jego przypadku może się sprawdzić czarny scenariusz, na które będą składać się kolejne kontuzje, przerwy i powroty? Tym bardziej, że w Wielkim Szlemie singliści wciąż będą rywalizować do trzech wygranych setów.

– Ogółem kontuzje są częścią zawodowego sportu. Umówmy się, sport to zdrowie tylko w wydaniu amatorskim. Ten zawodowy ze zdrowiem nie ma nic wspólnego. Pytanie, jak po tych kontuzjach funkcjonujemy, jak układamy plany. Różne rzeczy się zdarzają. Mecz może trwać godzinę, ale może też pięć. Trochę to wszystko kosztowało Huberta zdrowia, ale na tyle, na ile go znam – a jest naprawdę osobą, która bardzo mocno pracuje poza kortem – to wróci. Kontuzje będą się zdarzać, bo taki jest sport, ale myślę, że on jest na tyle świadomym już zawodnikiem, że wie, jak z tego wyjść.

W rozmowie brał udział też dziennikarz Przeglądu Sportowego Onet.

Zobacz inne