...
Dom SportPorażki obrócili w sukces. Niespodziewany powrót Polaków do Ligi Mistrzów

Porażki obrócili w sukces. Niespodziewany powrót Polaków do Ligi Mistrzów

przez admin

Michał Skóraś i Maik Nawrocki nie sprawdzili się w klubach, które trzy lata temu kupiły ich z Lecha i Legii. Mimo to właśnie pokonali Paris Saint-Germain i sposobią się do gry w Lidze Mistrzów. Ich historie dowodzą, że krok do tyłu po niepowodzeniu nie powinien być zbyt duży.

Dodaj nas do ulubionych źródeł w Google

Choć okno transferowe w największych ligach zagranicznych potrwa jeszcze półtora tygodnia, najbardziej zaskakujące ruchy lata z udziałem polskich piłkarzy trudno już będzie przebić. W rozpoczynającym sezon we Francji meczu o Superpuchar Lens niespodziewanie ograło Paris Saint-Germain, a na boisku przebywało dwóch Polaków. Michał Skóraś i Maik Nawrocki, którzy ostatnie lata spędzili trochę zapomniani, w podobnym czasie trafili na poziom czołowego klubu silnej ligi europejskiej i szykują się do gry w Lidze Mistrzów. Ich przypadki to rzadki wśród karier polskich piłkarzy za granicą dowód, że pierwsze niepowodzenie po wyjeździe z Polski da się jeszcze obrócić w sukces.

Na polskim rynku za bezpieczną przystań często jest uznawana Ekstraklasa. Kto nie może przebić się za granicą, często – jak Kacper Urbański czy Kamil Piątkowski – wraca do Polski, by się odbudować i ewentualnie spróbować na Zachodzie jeszcze raz. Najzagorzalszym przeciwnikiem takiego rozumowania jest Cezary Kucharski, który wielokrotnie przekonywał w wywiadach, że taki wpis w życiorysie jest sygnałem alarmowym dla potencjalnych zainteresowanych. Sam podkreśla, że jako piłkarz pochopnie wracał do Legii Warszawa, zamiast zacisnąć zęby i powalczyć o miejsce za granicą, bo wygrywało u niego wygodnictwo. Dlatego, gdy prowadził karierę Rafała Wolskiego, odwlekał jego powrót do Polski po niepowodzeniu w Fiorentinie, mimo że piłkarz naciskał na transfer do Ekstraklasy. Zgodnie z tą logiką, warto poszukać sobie słabszego klubu, w którym będzie łatwiej o minuty. Albo znaleźć trenera, którego taktyka pozwoli lepiej wyeksponować atuty. To mają być lepsze dopasowania sportowe, ale bez wywracania karier do góry nogami. Tak, by wciąż pozostać na najbardziej monitorowanych rynkach – słabszych klubach tych samych rozgrywek, na ich zapleczu lub ewentualnie w sąsiednich ligach.

Model Kucharskiego

Pójść modelową ścieżką Kucharskiego nie jest jednak łatwo. Kariery polskich piłkarzy za granicą najczęściej wyglądają liniowo. Jeśli poradzą sobie w pierwszym klubie, do jakiego trafią, mogą liczyć, że pójdą w górę. Gdy pierwsza zagraniczna przystań okazuje się mieć za głęboką wodę, schodzą czasem niżej i tam już zostają. Tylko u nielicznych następuje moment spektakularnego odbicia, nawet ponad poziom, na który wyjeżdżali. Najbardziej spektakularnie udało się to w przypadku Arkadiusza Milika, który wyjechał z Górnika Zabrze do Bayeru Leverkusen za 2,5 miliona euro. Nie przebił się ani w jednym z najsilniejszych niemieckich klubów, ani na wypożyczeniu do średniaka z Augsburga. W Ajaksie Amsterdam pokazał się jednak na tyle dobrze, że Bayer jeszcze zdołał go sprzedać z niewielkim zyskiem. Z kolei rok później Holendrzy sprzedali go do Napoli już 30 milionów drożej. Wielokrotny reprezentant Polski zdołał dojść do klubów znacznie silniejszych od Bayeru.

Z obecnych reprezentantów Polski zbliżony schemat da się zauważyć u Jakuba Piotrowskiego, za słabego na Genk, któremu nie posłużyła też przeprowadzka do Fortuny Duesseldorf, za to odbudowanego w Łudogorcu Razgrad na tyle, że jeszcze zapracował na transfer do Udinese oraz u Jakuba Kamińskiego, który zamienił teoretycznie silniejszy Wolfsburg na słabszą Kolonię, by wybić się do jeszcze mocniejszej Benfiki. To jednak przykłady tak rzadkie i specyficzne, że aż trudno uwierzyć, że kolejne dwa spotkały się tego samego lata w jednej szatni.

Zobacz wideo KOSMOS! Tu ma mieszkać Robert Lewandowski. To miasto wbiło nas w ziemię. Byliśmy pierwsi w bazie

Dwa lata na ławce

Skóraś i Nawrocki wyjechali z Polski tego samego lata w 2023 roku. Obaj w czołowych polskich klubach grali na tyle dobrze, że ocierali się o reprezentację Polski. Były skrzydłowy Lecha Poznań zagrał nawet na mundialu w Katarze, były stoper Legii dostał natomiast powołanie od Czesława Michniewicza, ale w kadrze nie zadebiutował. Kwoty ich transferów można uznać za wysokie w polskich warunkach. Belgowie zapłacili za Skórasia sześć, a Szkoci za Nawrockiego pięć milionów euro. Trudno jednak uznać, że Club Brugge i Celtic zrobiły na nich dobry interes. Przynajmniej krótkofalowo. 90 występów Skórasia dla belgijskiego potentata nie wygląda źle, ale w ponad dwóch trzecich z nich wchodził jako rezerwowy. W ciągu dwóch lat pobytu w Brugii średnio spędzał na boisku 34 minuty. Na dłuższą metę nigdy nie wyszedł z roli zmiennika.

To jednak i tak spektakularna kariera, w porównaniu do losów Nawrockiego w Szkocji. Dla Celticu stoper zagrał tylko 18 razy, ledwie przekraczając 1000 minut na boisku. Rywalizację przegrał z kretesem. Polscy selekcjonerzy, szukający rozwiązań na kulejącym środku obrony reprezentacji, nawet nie przypominali sobie o istnieniu 25-latka. Podobnie jak w przypadku Skórasia, dwa sezony siedzenia na ławce były wystarczającym sygnałem, by zejść szczebel niżej. Podczas gdy wahadłowy został w obrębie ligi belgijskiej, stoper trafił do 2. Bundesligi, bliżej rodzinnych stron. Mimo że jako senior nigdy nie grał w Niemczech, urodził się i wychował w nieodległej od Hanoweru Bremie.

Uniwersalny Skóraś

Obie decyzje przyniosły niewątpliwe sukcesy. Skóraś w rok w Gandawie rozegrał niemal tyle minut, ile w dwa lata w Brugii. Obdarzony zaufaniem, podkreślał początkowo, że nawet nie pamięta, kiedy ostatnio rozgrywał pełne mecze. Jego uniwersalność, która długo mogła być traktowana jako przekleństwo, okazała się niepodważalnym atutem. Z Polski wyjeżdżał jako skrzydłowy, ale przecież wcześniej w Rakowie grał u Marka Papszuna na wahadle. Dawne doświadczenia teraz przydają się mu w grze na różnych pozycjach i systemach. Zwłaszcza że nie robi mu też wielkiej różnicy, po której stronie boiska biega. W Lens trzymającym się w ostatnich latach systemu 3-4-2-1, może być przydatny zarówno jako wahadłowy, jak i ofensywny pomocnik półprzestrzeni. Życiowo też nie czeka go rewolucja. Gandawę od Lens dzieli raptem 100 kilometrów. Kulturowo to niemal jak transfer wewnątrz ligi, a przecież wynosi go sportowo na poziom 25 najlepszych klubów świata.

O ile dla francuskich klubów śledzenie ligi belgijskiej jest naturalnym kierunkiem, o tyle nie wszyscy z Ligue 1 zwykli wyciągać ciekawych piłkarzy z 2. Bundesligi. Klub z północy Francji ma jednak z tym rynkiem pozytywne doświadczenia. Jonathana Claussa, znalezionego w Arminii Bielefeld, udało się mu wypromować nie tylko do Olympique Marsylia, ale nawet do reprezentacji Francji. Austriaka Kevina Dansa Lens wyłuskało natomiast z Fortuny Duesseldorf, a po kilku sezonach sprzedało z zyskiem do Tottenhamu. Dział skautingu Lens ma więc dobrze rozeznane zaplecze Bundesligi. Równolegle z Nawrockim trafił tam również Mickael Cuisance z Herthy Berlin. A zatrudnienie Dina Toppmoellera, niemieckiego trenera, na pewno jeszcze wzmoże ruch między Lens a Niemcami.

Zobacz inne