Nowy trener, setki milionów na transfery, rozczarowanie i… od nowa. Od kiedy w 2022 roku Chelsea trafiła w amerykańskie ręce, jej kibice przeżywają ciągłe deja vu. Konsorcjum BlueCo nie szczędzi pieniędzy, ale „The Blues” zwolnili już szóstego trenera w ciągu czterech lat, a bieżący sezon skończą najpewniej bez awansu do Ligi Mistrzów. Stamford Bridge to wciąż samolot bez pilota.
„Podczas gdy klub pracuje nad stabilizacją na stanowisku pierwszego trenera, przeprowadzimy proces samooceny, by dokonać właściwego rozwiązania długoterminowego” – tak brzmi ostatnie zdanie komunikatu, w którym Chelsea poinformowała o zwolnieniu trenera Liama Roseniora oraz zastąpieniu go do końca sezonu asystentem – Calumem McFarlanem. W przypadku tego klubu słowa takie jak „stabilizacja” i „długoterminowy” zaczynają brzmieć groteskowo. Fani na Stamford Bridge słyszeli je często w ostatnich latach. Zdecydowanie za często.
Zobacz wideo Łukasz Turlej: „Będziemy walczyć o kolejne wydarzenia”
Umowy na lata, a trenerzy do lata. I to w najlepszym (rzadkim) wypadku
Od maja 2022 roku, czyli od przejęcia klubu przez konsorcjum, nazwane później BlueCo, z Toddem Boehlym oraz grupą Clearlake Capital na czele, londyński zespół prowadziło już sześciu trenerów zatrudnionych na stałe (BlueCo sprowadziło pięciu, bo Thomas Tuchel już był w klubie, gdy Amerykanie do niego wchodzili). Każdy kolejny szkoleniowiec miał być projektem na lata. Człowiekiem, który dostanie tyle zaufania, ile będzie potrzeba, by Chelsea znów znalazła się na szczycie i jej kibice znów mogli zaśpiewać „We Are The Champions”. Ale minęły już prawie cztery lata, a fanom ze Stamford Bridge obecnie znacznie bliżej do śpiewania innego wielkiego hitu grupy Queen „Another One Bites The Dust”.
Oczywiście w odniesieniu do trenerów, bo ze wszystkich szkoleniowców, których zatrudniło BlueCo, tylko Enzo Maresca popracował dłużej niż rok. Paradoks jest taki, że dzieje się tak w klubie, którego znakiem rozpoznawczym stały się horrendalnie długie umowy dla praktycznie każdego, kto przychodzi. W pierwszym zespole Londyńczycy mają aż 21 piłkarzy z umowami co najmniej do końca czerwca 2030 roku.
Motorem napędowym takich działań nie jest dbałość o przyszłość klubu (władze mogą wizerunkowo zagrać taką kartą, ale dziś nikt o zdrowych zmysłach, by się na to nie nabrał), a pieniądze. Tak długie umowy pozwalały omijać obowiązujące w angielskim futbolu Profitability and Sustainability Rules (Zasady Rentowności i Zrównoważonego Rozwoju) i wpisywać w tabelki mniejsze koszty funkcjonowania klubu. A że potem klub ma w kadrze legion zawodników kompletnie niepasujących do najwyższego poziomu, których nie ma jak się pozbyć bez gigantycznych strat? No cóż – kto bogatemu zabroni?