– Zaczynając przygotowania, spotykając się na zgrupowaniu, wchodzimy w trans. Większość zawodników na to czeka: żeby znów być razem, żeby zacząć pracę – Igor Milicić, selekcjoner reprezentacji koszykarzy, odkrywa kulisy funkcjonowania kadry, która kradnie serca kibiców.
Dodaj nas do ulubionych źródeł w Google
Czwarte i szóste miejsce na EuroBaskecie, ostatnio seria siedmiu zwycięstw, wielki bój z Niemcami – z mistrzami świata przegraliśmy 94:96 po dogrywce. Reprezentacja koszykarzy jest o mały krok od awansu na mistrzostwa świata, a jej selekcjoner tłumaczy Sport.pl, jak buduje się zespół twardzieli gotowych na wszystko.
Łukasz Cegliński: Pamięta pan „Orły Wenty”?
Igor Milicić: Oczywiście. Swój pierwszy sezon w Polsce rozegrałem w Kielcach, gdzie piłka ręczna jest bardzo popularna, więc kojarzę z późniejszych lat naszą reprezentację.
Kibice gremialnie piszą teraz, że staliście się ich następcami. Waleczną, niezłomną drużyną, która jest w stanie grać jak równy z równym z najlepszymi w Europie i na świecie.
– Widzę podobieństwa. Mocno pracowaliśmy, żeby być tak postrzeganymi. Koszykówka to trochę inny sport niż piłka ręczna – też fizyczna, ale bardziej złożona taktycznie. Jednak bardzo podoba mi się to porównanie. Jak przejąłem kadrę, obiecałem jedno: że będziemy zadziorni od pierwszej do ostatniej minuty w każdym meczu. Jeśli teraz jesteśmy postrzegani jako koszykarscy bohaterowie, to ja mogę być tylko dumny i zagwarantować, że dopóki jestem trenerem, to nadal będziemy podążali tą drogą.
Rozmawiałem z kolegą, który koszykówkę ogląda rzadko, ale widział ostatni mecz z Niemcami. Powiedział: „To imponujące, że anonimowi w skali Europy zawodnicy grają jak równy z równym z mistrzami świata. Że nawet jak przegrywamy z nimi 15 punktami, to wciąż jest wiara i walka”.
– Mecz z mistrzami świata był tylko jednym z wielu spotkań, w których graliśmy i walczyliśmy ten sposób. Z Holandią przegrywaliśmy różnicą 21 punktów w trzeciej kwarcie, ale wróciliśmy i wygraliśmy. Na EuroBaskecie roztrwoniliśmy 16 punktów przewagi z Islandią, przegrywaliśmy w końcówce, ale znów się podnieśliśmy i zwyciężyliśmy.
Nasza niezłomność nie jest czymś, co przyszło do nas samo. Jest mocno wypracowywana podczas przygotowań i meczów towarzyskich. Kibice często stresują się, kiedy przegrywamy sparingi, ale my zawsze wiemy, co robimy i jest to częścią większego planu. Wszyscy poświęcamy swój wolny czas – rezygnujemy z odpoczynku, z chwil z rodziną, z przysłowiowej plaży. Pracujemy dla czegoś większego – dla kadry, dla polskiej koszykówki, dla polskiego sportu. Dlatego w najważniejszych momentach zgranie, chęci i walka są na najwyższym poziomie. Pojawia się wręcz gniew, walka do upadłego.
Zobacz wideo Gortat o ciężkich meczach w NBA: Wracałeś do domu, wypijałeś maluszka i szedłeś spać
Jak się buduje, tworzy takie DNA kadry?
– Nie było jednego momentu, jednej rzeczy, którą mógłbym wskazać jako początek tego, co dzisiaj mamy. To jest proces, nieustanna praca nad wzmacnianiem naszego kadrowego środowiska. Kiedy objąłem reprezentację jesienią 2021 roku, zacząłem od zmian w składzie. Szukałem ludzi, którzy pasują do tego, co chcemy robić i jak chcę prowadzić naszą drużynę.
Zaczęliśmy od obrony, naszą defensywę nazwaliśmy „chaosem”. Chodziło o to, by grać w taki sposób, by przeciwnik się gubił. Do tego dołożyliśmy zaciętość. To dlatego dzisiaj w obronie mamy zagrywkę, którą nazywamy „Szubi” – od Krzyśka Szubargi, który słynął, także w reprezentacji, z nieustępliwej defensywy. Krok po kroku szukaliśmy ludzi, którzy chcą grać w taki sposób, a następnie dopracowywaliśmy zaawansowaną taktykę i w obronie, i w ataku, żeby to wszystko stworzyło jedną, spójną całość.
W okresie tej budowy wykrystalizowali się mocni liderzy, czyli przede wszystkim Mateusz Ponitka i Michał Sokołowski, którzy ciągną zespół w wytyczonym kierunku. Generalnie – dopracowywaliśmy to wszystko ze zgrupowania na zgrupowanie, z roku na rok, czasem to były detale. Nasza siła rosła i pochodziła od każdego z nas – masażystów, fizjoterapeutów, trenerów od przygotowania fizycznego, od moich asystentów, dyrektora i każdego zawodnika. Wszyscy idziemy razem w tym samym kierunku. Nawet sztab medialny funkcjonuje według tych zasad i pracuje w takim samym stylu.
Oglądam vlogi ze zgrupowania, opowieści o przygotowaniach, o meczach. Wiadomo, że musi być tam element reżyserski, że wszystkiego nie chcecie i nie możecie pokazać. Ale bije z tych filmów jedność, dobra atmosfera i pewność siebie. Jesteście rodziną.
– Trafiłeś w sedno. My rzeczywiście stworzyliśmy rodzinną atmosferę i tylko w takiej każdy chce walczyć za każdego, z takim poświęceniem. To jest przyjemność oglądać, jak nasi koszykarze trenują, ale świetnie też widzieć ich z rodzinami, bo na tyle otworzyliśmy zgrupowania, że każdy może przyjechać z bliskimi. Wszystko jest zaplanowane – fizjoterapeuci, sztab medyczny, trenerzy są dostępni 24 godziny na dobę, a zespół medialny wie, jak z nimi rozmawiać. Na treningach piłki zawodnikom podają nie tylko moi asystenci, ale także ja, nikt nie ucieka od swoich obowiązków. Jesteśmy taką rodzinną firmą, w której każdy ma pasję i chce wpłynąć na losy polskiej koszykówki.
Ta twarz Mateusza Ponitki, wie pan – zaciśnięte zęby, podniesione nozdrza, oczy ślące błyskawice: to jest twarz reprezentacji Polski?
– Oczywiście. Taka maszyna, którą się staliśmy, musi mieć wyraźnego lidera. Mateusz doszedł do tej roli krok po kroku, przez różne momenty, a teraz jest prowodyrem tego zamieszania do tego stopnia, że my czasem wchodzimy w trans. Naprawdę, zaczynając przygotowania, spotykając się na zgrupowaniu, wchodzimy w trans. Większość zawodników na to czeka – żeby znów być razem, żeby zacząć pracę, żeby postawić kolejny krok na drodze.
Oczywiście, wyniki pomagają, żeby ten trans i tę atmosferę podtrzymać. Zobaczymy, jak będzie w trudnych chwilach, ale generalnie wiemy, jak podtrzymywać ogień i Mateusz jest jednym z tych, który jako pierwszy zrozumiał, na jaki poziom możemy wejść. Jego gra w kadrze podnosi się o 200 albo 300 proc. w stosunku do tego, co pokazuje w klubie. Jasne, tam jest inaczej wykorzystywany, ale u nas dostajemy to, czego od niego potrzebujemy. Mateusz daje nam to na boisku i poza boiskiem.