Rok temu typowanie, że Cracovia zostanie mistrzem Polski, było odważne, ale miało merytoryczne podstawy. Dziś odważne jest typowanie, że nie spadnie z Ekstraklasy. Bo niewiele jest ku temu merytorycznych podstaw – pisze Michał Trela w cyklu „Stanowisko komentatorskie”.
Autorem najgłośniejszej przepowiedni zeszłego sezonu był Kamil Kosowski, który po pierwszych kolejkach widział w Cracovii przyszłego mistrza Polski. Jakkolwiek po fakcie łatwo naigrywać się z tego, jak spektakularnie przestrzelił, była gwiazda Wisły Kraków odważnie oddała wówczas to, co wielu podskórnie czuło. Że w pasiastej części miasta zaczyna się rodzić coś ciekawego. W kraju, w którym w cztery lata Ekstraklasę wygrały Piast Gliwice, Raków Częstochowa i Jagiellonia Białystok, żadnego typu nie można kategorycznie przekreślać. A ten miał logiczne przesłanki.
Kibice Cracovii mogli wtedy myśleć, że nigdy nie będzie takiego lata. Po szóstym miejscu sezon wcześniej, deklaracje o atakowaniu pucharów nie wynikały z wybujałości ego Mateusza Dróżdża, ówczesnego prezesa, lecz były następstwem wydarzeń. Zatrudnienie Luki Elsnera, trenera, który chwilę wcześniej pracował w Ligue 1 i w debiucie rozbił mistrza Polski, musiało działać na wyobraźnię. Podobnie jak spektakularne wejście do ligi Filipa Stojilkovicia, nowego napastnika. Dokładając do tego powrót Mateusza Klicha, najlepszego wychowanka Cracovii ostatnich lat, eksplozję talentu Oskara Wójcika, wyciągniętego z rezerw, i obecność w składzie kilku reprezentantów krajów, były powody, by sądzić, że Pasy namieszają w czołówce.
Zobacz wideo Siatkarze o Mistrzostwach Europy
Klub gotowy na sukcesy
Robert Platek w tamtych dniach przejął od wdowy po Januszu Filipiaku pakiet akcji Cracovii. Wydawało się to nie mieć, przynajmniej krótkofalowo, aż takiego znaczenia. Pasy były bowiem rzadkim na polskim rynku przypadkiem klubu na wydaniu, który nie wymagał natychmiastowych działań. Miał stadion, którym zarządzał, jedną z najnowocześniejszych baz treningowych, akademię, która, choć daleka od ideału, regularnie dostarczała pierwszej drużynie ciekawych wychowanków, dobrą drużynę i dział sportowy z klarowną strukturą oraz dużego sponsora. Nie miał za to długów. Dorzucając, że jest klubem z olbrzymimi tradycjami i wiernymi kibicami, w popularnym turystycznie milionowym mieście w środku Europy, wydawał się wręcz idealnie przygotowany do sprzedaży. Jeśli ktoś taki nie znalazłby sensownego inwestora, to już chyba nikt.
Trudno po roku przesądzać, jaki los czeka Cracovię w rękach amerykańskiego właściciela, ale pewne jest, że z nastroju radosnego oczekiwania na przyszłość nie zostało nic. Pasy są najsłabszą drużyną Ekstraklasy w 2026 roku. Najstarsi górale nie pamiętają, kiedy wygrały mecz ligowy. Mimo fenomenalnego startu utrzymały się w poprzednim sezonie w ostatniej kolejce, remisując pięć ostatnich meczów. W nowe rozgrywki weszły, nie trafiając do siatki ani razu. Poprzedniego trenera z imponującym życiorysem już dawno nie ma. Na odchodne zdążył jeszcze międzynarodowo obsmarować Cracovię w „L’Equipe”, prestiżowym francuskim dzienniku. Nowemu za chwilę stukną cztery miesiące na stanowisku, a jego największym sukcesem jest wygranie sparingu z Sevillą. Najgorsze jednak, że i tak nie można go specjalnie winić. Ba, Bartosz Grzelak w pewnym sensie wciąż wydaje się nadzieją, że sprawy przybiorą kiedyś lepszy dla klubu obrót.
Nieobecny właściciel
Platek nie był w futbolu nowy. Inwestował już we Włoszech (Spezia), Portugalii (Casa Pia) czy Danii (Sonderjyske). Każdy z tych klubów pod jego rządami spadał z najwyższej ligi, co tylko trochę traktowano w Krakowie jak sygnał ostrzegawczy. Cracovia, jaką przejmował, nie wyglądała bowiem na klub, który musiałby sobie tym zaprzątać głowę. Na spadek zwykle pracuje się latami. W zeszłym sezonie udało się więc jeszcze wywinąć spod topora. Ale nowy właściciel przez pierwszy rok rządów mocno pracował, by wkrótce spadek zaczął już wyglądać na naturalną konsekwencję rozwoju wydarzeń.
Największym dramatem sytuacji, w jakiej znalazła się Cracovia, jest to, że jej szef zdaje się obojętny. Jest właścicielem nieobecnym, co sprawia wrażenie, że nie zależy mu na klubie, który nabył. W Ekstraklasie pojawiło się w ostatnim czasie wielu prywatnych inwestorów i nie każdy wszystko zamienia w złoto. Nawet jednak Aleksa Haditaghiego, który również pojawił się w Szczecinie z zupełnie innego kraju i kultury, nie można posądzić, że nie interesuje się Pogonią. Można go zobaczyć na meczach domowych i wyjazdowych, widzieć, jak przeżywa wydarzenia. Sprawia wrażenie biznesmena, dla którego prowadzenie Pogoni jest głównym zajęciem.
Sterowanie na odległość
O tym, jak trudno sterować klubem na odległość, choćby niewielką, świadczy przykład Roberta Dobrzyckiego, właściciela Widzewa, który przecież jest w sytuacji nieporównywalnie łatwiejszej od Platka. Jest w końcu kibicem Widzewa i osobą funkcjonującą w tutejszej rzeczywistości. Pierwszy rok jego rządów i tak upłynął jednak na chaosie organizacyjnym. Jednym z pierwszych wniosków, jaki wyciągnął, było więc objęcie funkcji prezesa i mocniejsze doglądanie codziennych spraw klubowych.
Zostawienie klubu na autopilocie mogłoby się udać tylko przy naprawdę działającej strukturze. Platek zresztą tak musiał ocenić wyjściowo Cracovię, bo nie dokonał w niej w pierwszych miesiącach zmian. Najpóźniej odsunięcie Dróżdża było jednak momentem wymagającym zaprowadzenia nowych porządków. Czyli większej obecności właściciela. Przysłowia wcale nie są mądrością narodów, czasem ich największą siłą jest to, że się wykluczają. Ale akurat w kwestii obecności właściciela są zgodne. Pańskie oko konia tuczy, gdy zaś kota nie ma, myszy harcują.
Kota nie ma
Po niedawnej dymisji wiceprezesa Davida Amdurera, o którym mówiło się, że ma dostęp do ucha Platka, nie wiadomo, kto i dlaczego rządzi Cracovią. W roli prezesa obsadził się Turek Murat Colak, profesor krakowskiej AGH, wprowadzony do klubu przez Elżbietę Filipiak, z którą szybko popadł w konflikt. Na razie, podczas ośmiu miesięcy pracy, zasłynął absurdalną konferencją prasową, na której apelował do Filipiak o oddanie klubowi działki przejętej jeszcze przed sfinalizowaniem zakupu klubu przez Platka. Jedynym pozytywem tamtej szopki było, że Platek poczuł się w obowiązku przylecieć do Krakowa i przygasić pożary. Zapytany w Canal+, dlaczego zdecydował się na publiczne poruszenie tematu działek, sugerował, by jego do tego nie mieszać. Dalej więc nie wiadomo, czy Colaka traktować jako rzeczywistego reprezentanta woli właściciela, czy tylko złego bojara dobrego cara.
Od ostatniej wizyty Platka odszedł dyrektor skautingu, który był, jaki był, ale miał pewne sukcesy. Za kompetencjami Artura Sobiecha, jego następcy, przemawiają z kolei na razie tylko udana kariera zawodnicza i prestiżowe kursy. Odszedł trener, zastąpiony postacią o znacznie skromniejszym dorobku. Odszedł Wójcik, co przynajmniej pozwoliło podratować finanse, bo skończyła się umowa sponsorska z firmą Comarch. Cracovia gra dziś w Ekstraklasie, nie mając frontów koszulek oszpeconych logotypami. Wygląda to estetycznie, ale działacze raczej nie to mieli na myśli. Poszukiwania nowego prezesa zakończyły się znalezieniem Colaka. Piotr Sadczuk, jedyny w ekipie mający doświadczenie w zarządzaniu klubem piłkarskim, obsadzony został w roli podrzędnej wobec Turka.
Nadzieja w trenerze i dyrektorze
Jakkolwiek więc kibice dziś irytują się sytuacjami marnowanymi przez Kahveha Zahiroleslama czy kontuzjami sprowadzanych piłkarzy, największym problemem Cracovii jest, że to wciąż w nich największa nadzieja. Może i Pasy na boisku nie wyglądają dobrze, ale i tak lepiej niż poza nim. Colak w wywiadach opowiada o robieniu z Cracovii globalnej marki, ale musi uważać, by jego klub, który przed chwilą sportowo był w mieście numerem jeden, za moment nie był trzeci. Granie pół roku bez napastnika nie jest łatwe, ale w drużynie wciąż jest na tyle solidności, że przynajmniej trudno ją pokonać. Samymi remisami przez cały sezon utrzymać się nie uda, ale może Cracovia kiedyś wygra też mecz na styku, jak ostatnio Pogoń wygrała z nią. Solidność, jaka wciąż jest w tej kadrze, to jednak nie zasługa nowej ekipy, bo w wyjściowym składzie wystawianym przez Grzelaka są wyłącznie zawodnicy, którzy byli w klubie wcześniej. Do listy sukcesów nowego działu sportowego na razie można zaliczyć tylko przedłużenie kontraktów z Ajdinem Hasiciem czy Amirem Al-Ammarim, jednymi z ostatnich łakomych kąsków sprzedażowych, jakie pozostały jeszcze w zespole.
Największą nadzieją Cracovii na lepsze czasy pozostaje wiara, że Grzelak na dłuższą metę okaże się jednak solidnym trenerem, który wyciągnie z tej kadry coś więcej, a Sobiech pokaże zadatki na dobrego dyrektora sportowego. To jednak bardzo wątłe źródła nadziei, bo ludzie pracujący na takich stanowiskach zależą od narzędzi, jakie dostaną z góry. Sobiech może mieć najlepsze kontakty i oko na rynku, konkurując jednak z klubami proponującymi znacznie wyższe pensje i kwoty transferowe, może nie mieć szans sprowadzić znalezionych piłkarzy. Grzelak może i jest solidnym trenerem, ale Elsner też był. I w którymś momencie przestał mieć ochotę na firmowanie degrengolady własnym nazwiskiem.
Ostatni dzwonek
Mniej więcej teraz brzmi ostatni dzwonek, by właściciel jakkolwiek zaangażował się w sprawy klubu, który kupił. Jeśli za miesiąc, gdy zamknie się okno transferowe, kadra Cracovii nie zostanie solidnie wzmocniona, w zimie może już być za późno. Tym razem sezon nie daje poduszki bezpieczeństwa w postaci beniaminków małych, słabych, nieprzygotowanych. Do ligi weszły dwie wielkie marki polskiej piłki oraz nuworysz, którego stać na kosztowne pomyłki. A to oznacza, że wszyscy, którzy liczyli, że jakoś to będzie, muszą solidnie zabrać się do pracy. Cracovia, której kryzys trwa jakieś dziesięć miesięcy, to jeden z głównych zagrożonych.
Pasy są w trakcie najdłuższej w historii klubu serii sezonów spędzonych na najwyższym szczeblu. To, że do obecności w Ekstraklasie się przyzwyczaiły, nie oznacza, że klub można wiecznie prowadzić na autopilocie. Nie ma wątpliwości, że pierwszy rok nowych rządów został w Cracovii całkowicie zmarnowany. Jeśli Robert Platek odważniej nie przejmie sterów, drugi raczej będzie jeszcze gorszy.