Legii Warszawa zabrakło raptem kilku sekund do drugiej wygranej z rzędzu w lidze. Mimo że drużyna Matka Papszuna nie przegrała dziewiąty raz z rzędu, to remis 1:1 z Górnikiem Zabrze nikogo nie zadowoli.
Była już szósta z czterech doliczonych minut, kiedy Górnik Zabrze wykonywał rzut rożny. W polu karnym Legii najlepiej zachował się Paweł Bochniewicz, który wygrał pojedynek główkowy i zdobył bramkę na 1:1. W sektorze gości i wśród piłkarzy Michala Gasparika zapanowała szalona radość. Wśród gospodarzy szok i niedowierzanie.
Zobacz wideo Kosecki o Lewandowskim: Robert powinien zostać w reprezentacji i walczyć
Sędzia nawet nie wznawiał meczu. Jeszcze w trakcie radości gości zakończył spotkanie. Marek Papszun ze wściekłości aż nałożył czapkę na twarz. On też nie mógł uwierzyć, że jego drużyna nie wygrała drugiego meczu z rzędu. Legia może i nie przegrała dziewiąty raz z rzędu, ale w sobotę to wyjątkowo mało. Walka o utrzymanie trwa w najlepsze.
Mocna końcówka
Była 81. minuta meczu, kiedy Legia przeprowadziła jedną z nielicznych, dobrych akcji w tym meczu. W polu karnym Górnika Zabrze dobrze popracował Mileta Rajović, a strzał Kacpra Urbańskiego ręką zatrzymał Rafał Janicki. Mimo że w pierwszej chwili sędzia nie podyktował rzutu karnego, a Rajovicia ukarał nawet żółtą kartką za protesty, to ostatecznie zmienił zdanie po interwencji VAR.
Nie mogło być inaczej, bo przewinienie piłkarza Górnika było ewidentne. Mimo że Marcel Łubik chciał zdeprymować Rafała Augustyniaka, zostawiając jeden róg bramki całkowicie odkryty, to legionista zachował zimną krew. Augustyniak uderzył idealnie, w okienko rogu, który chwilę wcześniej był odkryty. Co ciekawe, był to dopiero pierwszy celny strzał w tym meczu.
Ponad 26 tys. kibiców Legii oszalało z radości. Warszawiacy byli o krok od drugiej wygranej z rzędu, awansu na 11. miejsce w tabeli i złapanie kolejnego głębokiego oddechu w walce o utrzymanie. Ale Legia nie dowiozła prowadzenia do końca. W kluczowym momencie rozczarowała.
Wydawało się, że w 95. minucie bohaterem meczu został bramkarz Legii – Otto Hindrich – który w efektowny sposób odbił strzał piłkarza Górnika. Ale chwilę później i Hindrich, i jego koledzy byli załamani. Bochniewicz doprowadził do remisu, co sprawiło, że Legia pozostała na 13. miejscu w tabeli i ma tylko punkt przewagi nad Widzewem Łódź, który w sobotę pokonał Bruk-Bet Termalicę (1:0) i Arką, która swój mecz dopiero zagra.
Przed spotkaniem z Górnikiem Papszun mówił, że dwa kolejne mecze zdefiniują, o co walczyć będzie jeszcze Legia. Dwa zwycięstwa przywróciłyby jej nadzieję na walkę o europejskie puchary. W sobotę Warszawiacy zostali sprowadzeni na ziemię. Wciąż liczy się tylko utrzymanie.
Mecz nieprzyjemny do oglądania
To był mecz dwóch drużyn w dobrej formie. Legia po porażce na inaugurację kadencji Papszuna z Koroną Kielce (1:2) nie przegrała ośmiu kolejnych meczów w ekstraklasie. W poniedziałek Warszawiacy ograli Pogoń Szczecin (2:0) i była to dopiero ich druga wyjazdowa wygrana w tym sezonie w lidze. Górnik – po czterech meczach bez wygranej z rzędu w lutym – ostatnio też imponował. Drużyna Michala Gasparika nie przegrała sześciu kolejnych meczów, a w środę awansowała do finału Pucharu Polski.
W sobotę przy Łazienkowskiej jakości z obu stron nie było jednak widać. Mecz od początku wyglądał jak bokserski klincz, a oba zespoły sprawiały wrażenie, jakby remis im w zupełności pasował i wystarczał. Nadmierny szacunek z obu stron, a może zwykła bojaźń sprawiły, że pierwszy celny strzał w tym meczu zobaczyliśmy dopiero w 83. minucie.
I to najlepiej oddaje to, co widzieliśmy na stadionie Legii. Szanse z obu stron – jeśli już były – były minimalne. W pierwszej połowie z niezłej pozycji niecelny strzał głową oddał Sondre Liseth. Tuż po przerwie całkiem groźny, ale jednak niecelny strzał oddał Rajović.
I tyle. Jeśli z czegoś mecz Legii z Górnikiem zapamiętamy, to – poza golem Bochniewicza – zdecydowanie z ofensywnej indolencji z obu stron, momentami słabiutkiego tempa i dużej liczby fauli. To starcie momentami bardziej pasowało do sztuk walki niż meczu piłkarskiego. Więcej w nim było przepychanek, szarpaniny i sztucznego podnoszenia ciśnienia niż oczekiwanej jakości.
Legia uczciła pamięć Jacka Magiery
Była 18. minuta meczu, kiedy na telebimach pojawiło się zdjęcie Jacka Magiery z czasów gry w Legii. Były piłkarz i trener stołecznego klubu w piątek rano zmarł nagle w wieku 49 lat. Przed i w trakcie meczu z Górnikiem Zabrze legioniści uczcili pamięć swojej legendy.
Minuta, w której zdjęcie Magiery pojawiło się na telebimie, nie była przypadkowa. To właśnie z numerem 18 Magiera grał przez wiele lat w Legii, z którą zdobył m.in. dwa mistrzostwa Polski. Kolejne tytuły dorzucał już jako asystent Jana Urbana, a w sezonie 2016/17 jako pierwszy szkoleniowiec.
W momencie, w którym na telebimie widniało zdjęcie Magiery, kibice Legii bili brawo i skandowali jego nazwisko. Nie był to pierwszy i ostatni raz, kiedy Warszawiacy uczcili w sobotę swojego byłego zawodnika i szkoleniowca.
„Zanim na Łazienkowskiej rozpoczęła się oficjalna minuta ciszy, klub zaprezentował film, który wypuścił w piątek w mediach społecznościowych. Jeszcze zanim się skończył, kibice Legii bili brawo i skandowali nazwisko Jacka Magiery” – pisałem.
I dalej: „Piłkarze Papszuna wyszli na boisko w specjalnych, czarnych koszulkach upamiętniających Jacka Magierę. W nich też spędzili minutę ciszy. W jej trakcie na „Żylecie” był nie tylko transparent i portret Jacka Magiery. Kibice Legii odpalili też race, które ułożyły się w litery „JM”, czyli inicjały zmarłego piłkarza i trenera Legii. „Jacek Magiera” i „Nie zapomnimy” – skandował stadion przy Łazienkowskiej. Hołd Jackowi Magierze oklaskami oddali też fani z Zabrza. Dopiero potem rozpoczął się standardowy doping”.
Legia stanęła na wysokości zadania, by uhonorować pamięć o Magierze. W sobotę spisali się klub i kibice. Piłkarzom zabrakło kilku sekund.