Do Chicago, trzeciego największego amerykańskiego miasta, w którym rozpoczynały się mistrzostwa w 1994 r., tym razem mundial nawet nie zajrzał. Kibice mówią o poczuciu FOMO, a były burmistrz Rahm Emanuel – być może przyszły kandydat na prezydenta USA – upiera się, że decyzja o nieubieganiu się o mecze może dla wielu była sensacyjna, ale dla niego była logiczna. Korespondencja Dawida Szymczaka, dziennikarza Sport.pl.
To nie tak, że mundialu nie ma tam w ogóle i za wysokimi wieżowcami można zupełnie zapomnieć o meczach. Bez przesady. W centrum jest miejska strefa kibica z dużym telebimem 360 stopni, a na ulicach wisi sporo plakatów zachęcających do oglądania meczów w kinach. Latynosi dostają nawet osobne zaproszenia i proponuje się im transmisje w języku hiszpańskim. Ale mecze lecą niemal wszędzie – w lobby mojego hotelu piłka zajmuje wszystkie telewizory, podobnie w restauracjach i barach. Wylatuję z Chicago akurat w dniu, w którym grają Stany Zjednoczone i widzę niemal pełne obłożenie w pubach i ludzi kręcących się po ulicach w koszulkach reprezentacji. Da się też dostrzec proporczyki przyczepione do samochodów i flagi w oknach. Szału nie ma, ale da się ten mundial znaleźć. Nie o to toczy się jednak w mieście spór.
Robert Lewandowski trafia do miasta, które nie chciało mundialu. FIFA narzuciła wymagania
To, jak obecnie wygląda miasto, w niczym nie przypomina tego, co działo się w 1994 r., gdy właśnie tutaj – na stadionie Soldier Field, na którym niedługo zadebiutuje Robert Lewandowski – zaczynał się poprzedni amerykański mundial. Wydarzenie prowadziła Oprah Winfrey, śpiewała Diana Ross, a później obyło się tam jeszcze pięć kolejnych meczów – z 1/8 finału włącznie. To był moment, w którym Chicago poczuło, że leży w centrum świata. Tysiące kibiców z całego świata zobaczyły imponującą panoramę miasta i spacerowały nad jeziorem Michigan. Teraz natomiast turyści i kibice są gdzie indziej, a Chicago przygląda się temu z boku. I zazdrości, widząc bawiących się w Kansas kibiców Argentyny albo Norwegów płynących ulicami Nowego Jorku. Miasto z takimi tradycjami, z trzecią największą populacją w USA, położone niemal pośrodku kraju, mające doskonale działające lotnisko i wielką bazę hotelową, a także doświadczenie z organizacji wielkich wydarzeń i stadion, który nie dość, że leży niedaleko centrum, to w przeszłości już gościł mundial, tym razem tylko obserwuje zabawę innych.
Gdy Robert Lewandowski odwiedzał to miejsce i zrobiło się głośno o jego możliwej przeprowadzce, widziałem komentarze Polaków, którzy wyśmiewali, że zamierza grać w mieście, które tak bardzo ma piłkę gdzieś, że nawet nie chciało ugościć mundialu. To błąd. Nieprawda. Powód nieobecności Chicago na liście miast-organizatorów nie ma nic wspólnego z brakiem zainteresowania piłką. Decyzję podjęli politycy, poprzednie władze miasta. I co ciekawe dzisiaj jedni ich za to przeklinają, a inni stawiają za wzór przedsiębiorczości i racjonalnego zarządzania miastem. Dlatego z Chicago tak dobrze widać największe korzyści i wady z organizowania mundialu.
Zobacz wideo
W 2018 r. ówczesny burmistrz, Rahm Emanuel, dziś wymieniany w gronie potencjalnych kandydatów na prezydenta USA ze strony demokratów, wycofał Chicago z procesu wyboru gospodarzy, bo uznał, że warunki narzucane przez FIFA są zbyt ryzykowne dla podatników. Największe kontrowersje budził model finansowania turnieju – FIFA miała zatrzymać dla siebie zdecydowaną większość przychodów z biletów, praw telewizyjnych, sponsoringu czy sprzedaży na stadionach, natomiast miasta miały wziąć na siebie ogromną część kosztów związanych z bezpieczeństwem, transportem publicznym, organizacją stref kibica i funkcjonowaniem całej infrastruktury. Emanuel przekonywał więc, że nie mógł podpisywać takiej umowy. Powtarzał, że jako burmistrz odpowiada przed mieszkańcami, a nie przed piłkarską federacją. A to podatnicy ostatecznie dostaliby po kieszeni. Czarę goryczy przelała klauzula, w której FIFA zastrzegła możliwość zażądania zadaszenia stadionu Soldier Field. Federacja tłumaczyła, że to standardowy zapis, z którego jeszcze nigdy nie skorzystała, ale Emanuel i tak bał się podpisać umowę, która mogłaby oznaczać dla miasta kolejny wydatek liczony w dziesiątkach – a nawet setkach – milionów dolarów.
Patrząc wyłącznie na liczby, trudno odmówić mu logiki. Z ujawnionych przez The Athletic poufnych dokumentów wynika, że gospodarze mundialu musieli zaakceptować długą listę kosztów i obowiązków. To nie tylko organizacja transportu czy zapewnienie bezpieczeństwa. Miasta finansują również tzw. czyszczenie stadionu, czyli usunięcie z obiektów wszystkich reklam kolidujących ze sponsorami FIFA. Ponoszą wydatki na przebudowę infrastruktury, przygotowanie murawy zgodnej z wymaganiami federacji, a nawet mają obowiązek zorganizować eskorty policyjne dla działaczy i gości FIFA. Co FIFA dawała w zamian? Piękno futbolu i „umieszczenie miasta na mapie”. Gdy przedstawiciele Los Angeles usłyszeli, że dopiero FIFA przy okazji mundialu umieści ich na mapie, parsknęli śmiechem. Mają przecież Hollywood, La La Land, Oscary, Grammy, Emmy, Złote Globy, Super Bowl, Igrzyska Olimpijskie, Mecz Gwiazd NBA, Mecz Gwiazd NHL, Mecz Gwiazd MLB…
Amerykańskie miasta po cichu zawiązały już komitywę i przygotowały wspólny list, w którym domagają się sprawiedliwego podziału kosztów i przychodów przed kobiecym mundialem, który zorganizują w 2031 r. Są niezadowolone ze współpracy z FIFA, ale na głośną krytykę nie ma co liczyć – FIFA potrafi dbać o interesy i zastrzegła w umowie, że każda publiczna wypowiedź miast, która wiąże się z mundialem, musi być wcześniej zatwierdzona przez jej dział prasowy.
Chicago czuje się pominięte. Kibice chcieliby po prostu iść na mecz
Ale jest też druga strona medalu. Chicago cierpi na FOMO – strach przed tym, że ominęło je coś ważnego, że oddało scenę innym. – Dużo czytałem o tym, 14 z 16 miast gospodarzy straci finansowo na tym turnieju i na to zwracał uwagę burmistrz Chicago. Ale dla nas, dla kibiców? Wielka szkoda! Na pewno na kilka meczów byśmy poszli – mówił mi Jakub Łomnicki, kibic z Chicago, który zamiast oglądać mecze w swoim mieście, leciał na spotkanie Holandii ze Szwecją do Houston.
Na podobny aspekt zwracają uwagę dziennikarze „Chicago Tribune”. Nie wszystko da się policzyć i zamknąć w tabelkach. Chicago mogło przez kilka tygodni być na świeczniku – jak w 1994 r. albo jak podczas pamiętnego przemówienia Baracka Obamy w Grant Park po zwycięstwie w wyborach prezydenckich. Takie chwile tworzą historię miasta i trudno policzyć ich wartość.
I właśnie dlatego dyskusja o decyzji sprzed ośmiu lat wróciła teraz z taką siłą. Jedni widzą w niej przykład odpowiedzialności za publiczne pieniądze. Inni – największą straconą szansę miasta od czasu mundialu z 1994 roku. Chicago patrzy na wiele innych amerykańskich miast z wyższością i frustruje je, że to one mają teraz święto. Rahm Emanuel udzielił jednak w ostatnim czasie dwóch wywiadów i nie sprawiał wrażenia, by czegokolwiek żałował. – Nie zamierzałem traktować podatników z Chicago jak bankomatu FIFA – stwierdził.
