...
Dom SportWisła wpadła w pułapkę Lecha. Nie pomogło jej to, co zrobili sędziowie

Wisła wpadła w pułapkę Lecha. Nie pomogło jej to, co zrobili sędziowie

przez admin

Na dziś nie ma mocnych na Lecha Poznań w całej Ekstraklasie. Wisła Kraków wpadła w niedzielny wieczór w pułapkę, którą Kolejorz zastawia na rywali od ponad dwóch sezonów – chciała grać w piłkę. Nie wyszło to nawet przy próbie pomocy ze strony Pawła Raczkowskiego i Piotra Lasyka, którzy napisali kolejny rozdział „Poradnika Złego Sędziego”, dyktując rzut karny z kapelusza. Poznaniacy wygrali 3:1, a odbyło się to przy niemałym udziale nieoczywistego bohatera – Yannicka Agnero. Dodaj nas do ulubionych źródeł w Google

Ekstraklasowa czołówka w sezonie 2026/27 punktuje świetnie – co do tego nie można mieć wątpliwości. Na wysokim poziomie pod tym kątem stoją Lech Poznań, Górnik Zabrze, Legia Warszawa i Pogoń Szczecin. Są jednak takie spotkania, które dla jednych otwierają wjazd na autostradę do mistrzowskiego tytułu. Bezbramkowy remis pomiędzy Górnikiem a Legią w 13. kolejce ligowych zmagań stanowił takową szansę dla Kolejorza, który po kompromitującej porażce 0:1 z Siarką Tarnobrzeg w 1/16 finału Pucharu Polski podejmował na własnym boisku Wisłę Kraków.

Zobacz wideo Lech Poznań obnażony. „Łapaliśmy się za głowy”

Takie mecze Lech lubi najbardziej. Choć w pierwszej połowie kulała skuteczność

Biała Gwiazda na papierze była dla lechitów w tym momencie rywalem idealnym. Bo o ile podopieczni Mariusza Jopa dobrze radzą sobie w ofensywie, o tyle w obronie pozostawiają sporo wolnych przestrzeni. Do tego nie są najlepsi na wyjazdach. Lech na tle takiego przeciwnika mógł zaprezentować filozofię futbolu wyznawaną przez Nielsa Frederiksena w najlepszym wydaniu. Chodziło przede wszystkim o postawienie na szybkie, dwójkowe lub trójkowe akcje i rozrywanie defensywy Krakowian poprzez wykorzystanie skrzydłowych i rozgrywającego w postaci Pablo Rodrigueza. Krótko mówiąc – jeśli do Poznania przyjeżdża zespół, który chce grać piłką i nie muruje własnej bramki, może bardzo łatwo wpaść w pułapkę Lecha. Tę samą, w którą wpadają regularnie ekstraklasowicze od nieco ponad dwóch sezonów.

Już od pierwszych minut widać było, że Poznaniakom styl gry Wisły bardzo odpowiada. Kółeczka w środku pola w celu zdobycia wolnej przestrzeni kręcił Rodriguez, po czym rozrzucał akcje do Patrika Walemarka. Szwed jednak od 8. do 18. minuty zmarnował trzy dogodne okazje do strzelenia gola – dwukrotnie zatrzymywał go Marcel Łubik, a raz przeniósł piłkę nad poprzeczką. Później jeszcze trafił w słupek. Przez 35 minut Walemark aż siedmiokrotnie uderzał na bramkę, ale ani razu nie pokonał bramkarza Wisły. Pech? Trochę tak. Ale bardziej okropna dla oczu nieskuteczność skrzydłowego gospodarzy.

Mieszane uczucia można było mieć co do Yannicka Agnero, który albo świetnie grał „na ścianę”, zastawiając się przed Alanem Urygą, albo doskonale odbierał piłki, albo… wywracał się o własne nogi lub podejmował decyzje o tempo za późno. Ale przyznać trzeba, że był to już dużo lepszy występ Iworyjczyka niż to, co obserwowaliśmy w jego wykonaniu w ostatnich tygodniach.

Wisła nie realizowała swojego planu na to spotkanie. Grała ospale i nie wykorzystywała pojedynczych błędów lechitów w przyjęciu czy rozegraniu piłki. Odcięty od podań był Angel Rodado, a nie pomagali mu Julius Ertlthaler czy Frederico Duarte. Piłkarze Białej Gwiazdy mogli jedynie dziękować Poznaniakom za to, że nie potrafili kończyć sytuacji pod bramką Łubika. Bo goli do przerwy nie było, a powinny paść przynajmniej trzy.

Kapitalna praca Agnero, Rodrigueza, Pereiry i Walemarka. Wszystko zagrało perfekcyjnie

Obraz gry potwierdzał jedynie, że to mecz skrojony pod to, jak chce grać Lech. W drugą połowę zresztą Kolejorz wszedł identycznie, jak w pierwszą. Kapitalnie prezentował się Rodriguez, a wtórował mu Joel Pereira. Portugalczyk już w pierwszych 45 minutach korzystał z szerokości boiska, schodząc do środka i szukając przeszywających podań. Jedno z takich zagrań na początku drugiej części spotkania powinno przynieść gola, lecz po dobrym odegraniu Rodrigueza za słabo uderzył Antoni Kozubal.

Zobacz inne