Argentyńczycy pokonywali Federera, Nadala czy Djokovicia i zdobywali tytuły wielkoszlemowe. Dziś żaden zawodnik z tego kraju nie potrafi nawiązać do sukcesów dawnych mistrzów. Lokalni eksperci tłumaczą nam, dlaczego Argentyna przestała liczyć się w tenisie. To opowieść o życiu na „końcu świata”, o katastrofie, która objęła cały kraj i o sentymencie, który zabiera młodym marzenia.
Dodaj nas do ulubionych źródeł w Google
Przez lata Argentyna seryjnie wypuszczała na świat tenisistów potrafiących rzucać na kolana największe gwiazdy tej dyscypliny, wygrywać wielkoszlemowe puchary i liczyć się w ścisłej czołówce światowego rankingu.
Dziś sytuacja wygląda inaczej. Pod względem masowości argentyński tenis wciąż trzyma się mocno – w pierwszej setce rankingu ATP znajduje się obecnie aż 10 reprezentantów tego kraju. To świetny wynik, ale ilość nie idzie w jakość. Żaden z zawodników nie potrafi zbliżyć się do rezultatów dawnych mistrzów. Najwyżej sklasyfikowany, Francisco Cerundolo, zajmuje 19. miejsce. Co sprawiło, że argentyńska fabryka talentów tak się zacięła?
Żeby zrozumieć, jak wysoki był dawny pułap, warto przypomnieć postacie, które osiągały największe sukcesy, zaczynając od absolutnej legendy, czyli Guillermo Vilasa, zdobywcy czterech tytułów wielkoszlemowych w singlu (Roland Garros 1977, US Open 1977, Australian Open 1978 i 1979) oraz wicelidera rankingu ATP.
Wielcy mistrzowie
Na przełomie wieków pojawiła się prawdziwa fala liczących się tenisistów z Argentyny. David Nalbandian doszedł do finału Wimbledonu 2002 oraz pozycji numer trzy na świecie i pozostaje jedynym, który w jednym turnieju (Madryt 2007) potrafił ograć Rogera Federera, Rafaela Nadala i Novaka Djokovicia.
O skali potęgi argentyńskiego tenisa w tamtych czasach niech świadczy fakt, że w finale Rolanda Garrosa 2004 zagrali ze sobą dwaj przedstawiciele tego kraju: Gaston Gaudio pokonał w pięciu setach Guillermo Corię. Pierwszy był najwyżej piąty na świecie, drugi nawet trzeci. Corię, nazywanego „El Mago” (Czarodziej), pamiętać mogą polscy kibice – zwyciężył w turnieju w Sopocie w 2003 roku.
W kolejnych latach największą gwiazdą Argentyny pozostawał Juan Martin del Potro – mistrz US Open 2009. W tym okresie zdobycie tytułu wielkoszlemowego kosztem Federera, Nadala i Djokovicia stanowiło zadanie niemal nieosiągalne, a jednak del Potro w finale ograł Federera. Potem jeszcze zdobywał medale olimpijskie, wygrał 22 turnieje, był trzeci w rankingu ATP.
Zwieńczeniem tamtej złotej epoki był rok 2016, w którym reprezentacja Argentyny po raz pierwszy i jedyny w historii sięgnęła po historyczne zwycięstwo w Pucharze Davisa. Ostatnim akcentem wielkich sukcesów w Wielkim Szlemie pozostaje zaś finał US Open 2018 z udziałem Del Potro.
Gospodarczy dramat i problemy z podróżami
Dlaczego obecne pokolenie nie potrafi nawiązać do sukcesów sprzed lat? Zapytałem o to argentyńskich ekspertów zajmujących się tenisem. Marcos Zugasti, dziennikarz współpracujący z organizacją ATP, uważa, że nie istnieje jeden powód takiego stanu rzeczy. – W tamtych czasach wśród zawodników zadziałał efekt domina. Napędzali się nawzajem, nakręcali swoje wyniki i osiągali wyżyny. Co więcej, ich awans przypadł na okres względnej stabilności gospodarczej w Argentynie, kiedy jedno argentyńskie peso było warte jednego dolara amerykańskiego. Dziś dolar kosztuje 1500 argentyńskich peso.
Skok kursu walutowego i załamanie gospodarcze kompletnie zdemolowały szanse wielu młodych tenisistów. Zugasti opowiada o ich problemach.
– Sfinansowanie kariery sportowej rodzącego się talentu to dziś u nas trudne, często wręcz niemożliwe przedsięwzięcie dla rodziny z przeciętnymi dochodami. O ile najlepsi młodzi sportowcy mogą liczyć na pewną pomoc ze strony federacji tenisowej, inni pozyskują prywatnych sponsorów. A te umowy często wiążą się z oczekiwaniem zwrotu zainwestowanych środków, co nakłada na zawodnika dodatkową presję.
Podobnie patrzy na to Gonzalo Ferreyra z podcastu Tenis de Sillon, wskazując, że główna przyczyna ma charakter ekonomiczny. – Pod koniec lat 90. Argentyna cieszyła się okresem dobrobytu, co pozwoliło młodym graczom tamtej ery, takim jak Coria, Nalbandian czy Gaudio, na odpowiednie szkolenie, wczesne wyjazdy za granicę i rywalizację z najlepszymi na świecie. To samo dotyczyło po latach del Potro.
Do tego dochodzi problem logistyczny, niespotykany w Europie, na co zwraca uwagę Zugasti.
– Podróże z naszego regionu do Europy czy Stanów Zjednoczonych, a nawet w obrębie samej Ameryki Południowej, są niezwykle kosztowne. Młody Europejczyk może wystartować w turnieju, a jeśli przegra, jeszcze tego samego dnia wraca do własnego łóżka i je obiad przygotowany przez matkę. A argentyńscy gracze często wyruszają w wielotygodniowe trasy, by koszt biletu lotniczego w ogóle się zwrócił. Kiedy przegrywają, zostają sami z problemem, jak zorganizować sobie czas z dala od domu – mówi nasz rozmówca.
Mimo tych barier Zugasti nie traci nadziei co do obecnej generacji. – To zdolni tenisiści. Posiadanie tak wielu reprezentantów kraju w top 100 jest bardzo pozytywne. Dotarcie do pierwszej dziesiątki wymaga jednak ogromnej regularności i stabilności emocjonalnej. Francisco Cerundolo jest blisko, a Tomas Martin Etcheverry dotarł do ćwierćfinału Rolanda Garrosa, potencjał z pewnością w nich tkwi.
Brak infrastruktury i uwięzienie na ceglanej mączce
Gonzalo Ferreyra stawia jeszcze bardziej surową diagnozę. Wskazuje, że światowy tenis poszedł w stronę szybkich kortów twardych, podczas gdy Argentyna utknęła z tradycyjnym „DNA na mączce”.
– Doszło do przesunięcia w zawodowym cyklu: obecnie turnieje na kortach ziemnych mają mniejszy ciężar gatunkowy i nie dają tylu punktów do rankingu, co kiedyś. I tu właśnie zostajemy w tyle: nadal szkolimy naszych zawodników głównie na ceglanej mączce. Korty twarde są w Argentynie rzadkością, brakuje zarówno znaczących inwestycji, jak i solidnego krajowego cyklu juniorskiego. Jeśli argentyński gracz dociera na poziom ATP, to dzięki swojej rodzinie, prywatnym sponsorom i własnej ciężkiej pracy.