Czy w nieco ponad tydzień można rozprawić się z tym, co męczyło nas przez rok? Iga Świątek pokazuje, że tak. Iga Świątek znów inspiruje! Pokonując 6:2, 6:3 Jelenę Rybakinę w finale turnieju WTA 1000 w Toronto polska tenisistka odebrała coś więcej niż okazałe trofeum i czek. Odzyskała poczucie, że nic jej nie zatrzyma, kiedy sama siebie jest w stanie nie blokować trudnym do okiełznania stresem. To może być kolejny przełom w pięknej karierze Polki.
Jelena Rybakina nie dała Idze Świątek szans w ćwierćfinale Australian Open. Marta Kostiuk równie bezlitośnie zagrodziła Polce drogę do ćwierćfinału Rolanda Garrosa. A Elina Switolina sprowadzała Świątek na ziemię w ćwierćfinale w Indian Wells i w półfinale w Rzymie. Cztery tegoroczne porażki z tymi trzema rywalkami musiały Igę boleć. A teraz w kilka dni Iga pokonała Switolinę, Kostiuk i Rybakinę w Toronto. Dzięki czemu? Sama o tym powiedziała w trakcie turnieju. – Czuję, że najbardziej stresująca część sezonu już się skończyła – stwierdziła po wygranym ćwierćfinale (z Dianą Sznajder). A po finale z Rybakiną Świątek wymownie wskazywała na swoją głowę.
Mecz po meczu w Toronto widzieliśmy, że Świątek się odnajduje. Do Kanady przyleciała z kiepskim jak na swoje standardy bilansem sezonu. Miała wygrane 23 mecze przy 12 przegranych. Mizernie dla kogoś, kto w 2022, 2023, 2024 i 2025 roku miał bilanse, kolejno: 67:9, 68:11, 64:9 i 64:17. Aż do teraz Świątek nie wygrała w tym sezonie żadnego turnieju. I nawet nie dotarła do finału. Na coś takiego czekała prawie rok, od września, gdy wygrała turniej w Seulu. Znowu odnieśmy to do minionych lat: od 2020 roku, gdy jako 19-latka sensacyjnie triumfowała w Rolandzie Garrosie, Iga w każdym kolejnym sezonie wygrywała turnieje. Sześć lat z rzędu. W sumie to było aż 25 tytułów, w tym sześć wielkoszlemowych. Te wszystkie wielkie osiągnięcia pamiętamy my, a co dopiero Iga…
Świątek dźwigała zbyt duży ciężar. Teraz go zrzuciła
Presja powtarzania wielkich wyników, bronienia tytułów – to wszystko Świątek dźwiga na swoich barkach i widzieliśmy, jak jej ciążyło. Wymowne były łzy ulgi, jakimi reagowała po wyszarpaniu zwycięstwa w pierwszej rundzie Wimbledonu 2026, gdzie grała jako mistrzyni z 2025 roku. Znamienne były przeróżne trudne, emocjonalne reakcje w wielu turniejach w tym sezonie.
A teraz, w Toronto, wreszcie Iga pokazała inne emocje – te, których dawno nie oglądaliśmy. Radość, szczęście, chwilami wręcz euforia. Teraz znów jest pięknie!
To wszystko rodziło się w bólach. Nie tylko bólach całego sezonu, w którym według Igi konieczna była nawet wymiana trenera (Wima Fissette’a zastąpił Francisco Roig). W Toronto Iga też musiała pocierpieć. W czwartej rundzie z Kostiuk w pierwszym secie przegrała wszystkie swoje gemy serwisowe i po 17 serwisach wygrała tylko jeden punkt. Ale odwróciła to.
W półfinale ze Switoliną popełniała dużo niewymuszonych błędów (w sumie aż 54), podobnie jak w przegranych z nią meczach w Indian Wells i w Rzymie, bo Ukrainka taki ma styl, że wspaniale się broni i trudno zachować cierpliwość, gdy się ją atakuje. Ale tym razem w kluczowym momencie pojedynku Iga nie pękła. I choć już naprawdę mocno się frustrowała (w serwisach społecznościowych furorę robi krótkie wideo z soczystym przekleństwem skierowanym przez Igę chyba do kogoś z jej sztabu), to jednak wytrzymała. Piękne było, jak od stanu 2:3 w decydującym secie nie dała „odjechać” serwującej wtedy przeciwniczce, tylko sama wrzuciła wyższy bieg i wkrótce po wygraniu już wszystkich gemów do końca słyszeliśmy jej firmowy okrzyk: „Jazda”.
Świątek jak skała. A na koniec wskazała na swoją głowę
A finał z Rybakiną? To było najlepsze! – Iga jest skałą – stwierdził w drugim secie komentujący mecz w Canal+ Sport Bartosz Ignacik. Wtedy Świątek kolejny raz przełamywała Kazaszkę. Okazało się, że Polka może serwować lepiej nawet od tej tenisistki, która uchodzi za najlepszą na świecie we wspomnianym elemencie. I że znów – jak za starych, dobrych czasów – Świątek potrafi rozumieć, że mocniej nie zawsze znaczy lepiej.
Na siłę fizyczną Rybakiny odpowiadała inteligencją, sprytem. W pierwszym secie, wygranym gładko 6:2 w równo pół godziny, Iga zagrała tylko dwa uderzenia kończące. Ale czy to jakiś problem, skoro popełniła zaledwie trzy niewymuszone błędy? Teoretycznie grę prowadziła rywalka (miała 6 winnerów i 12 niewymuszonych błędów), ale tak naprawdę to były tylko pozory. Świątek potrafiła przedłużyć niemal każdą wymianę. Kapitalnie biegała, w defensywie była wszędzie. A gdy przechodziła do ataku, budowała go cierpliwie, mądrze. Po prostu punktowała rywalkę, z którą nie opłacało się iść na zwarcie, na wymianę ciosów.
Co ogromnie cieszy, to wszystko Świątek pokazywała przez cały mecz. Nie było „falowania i spadania”. Było metodyczne załatwianie sprawy. Była absolutna kontrola wydarzeń, choć przecież po drugiej stronie siatki grała jedna z najtrudniejszych rywalek Polki (do teraz bilans ich starć był remisowy: 6:6). I zarazem coraz poważniejsza kandydatka na nową numer 1 światowego tenisa (Rybakina jest druga i ma coraz mniejszą stratę do prowadzącej Aryny Sabalenki).
W całym finale Świątek popełniła zaledwie osiem niewymuszonych błędów. A Rybakina – 23. W winnerach był prawie remis: 11 uderzeń kończących zagrała Polka, a 13 Kazaszka.
Brawo, Iga! Wielkie gratulacje i zarazem wielkie „ufff”! Bo przecież martwiliśmy się, widząc, jak przez wiele tygodni Świątek się miotała i słuchając, jak mówiła, że tenis jej nie cieszy oraz że stres ją usztywnia.
Pięknie jest przeżywać zwycięstwa najlepszej polskiej sportsmenki XXI wieku. To naturalne, że chcemy więcej. I teraz, widząc, jak Iga świętuje 26. tytuł WTA w karierze, cieszymy się razem z nią. I liczymy na więcej. Bo wiemy, że ona sama na to liczy i bardzo tego chce.