To świat latających dronów i schowanych za drzewami szpiegów. Trenerzy przebierają się za pracowników budowlanych, by na remontowanym stadionie podejrzeć trening rywali, innym razem grabią w okolicy boiska liście. Szpiegowanie, biały wywiad i kontrwywiad są w polskim futbolu powszechne. – To nieetyczne – mówi jeden z trenerów. Drugi odpowiada: – To gra. Sprytniejszy wygrywa.
Dodaj nas do ulubionych źródeł w Google
Dzień był pochmurny, bez choćby jednego promienia słońca, tymczasem mężczyzna siedzący na ławce nieopodal boiska przy ul. Oporowskiej we Wrocławiu, miał na sobie ciemne okulary i czapkę z daszkiem. Od razu rzucił się więc w oczy trenerom Śląska. Najpierw podlecieli do niego dronem, którym nagrywali trening. Zdziwił ich brak jakiejkolwiek reakcji z jego strony. Wydaje się naturalne, że jeśli przypadkowej osobie nad głową zaczynają wirować śmigła drona, to się nim zainteresuje i przynajmniej spojrzy, co się dzieje. Tymczasem tajemniczy mężczyzna naciągnął tylko mocniej czapkę. Wtedy jeden z trenerów Śląska pofatygował się do niego i bez słowa przysiadł na ławce. Zauważył schowany między nogami telefon z wycelowanym na boisko aparatem i trzęsące się z nerwów ręce. Mężczyzna odszedł w popłochu. W emocjach zapomniał nawet, gdzie zaparkował samochód i w którym kierunku powinien iść. Trenerzy Śląska rozpoznali w nim, mimo iście szpiegowskiego kamuflażu, analityka Legii Warszawa, z którą mieli zmierzyć się za dwa dni.
Śląsk był już szpiegowany w poprzednim sezonie
O tym, że analityk Legii próbował podglądać trening Śląska, jako pierwszy poinformował Piotr Potępa z „Wrocławskich Faktów”. Gdy sami zapytaliśmy w klubie o ten incydent, usłyszeliśmy, że trenerzy Śląska nie byli nawet przesadnie zaskoczeni. Raz, że Marek Papszun ma w środowisku łatkę „podglądacza”. Dwa, że we Wrocławiu są wyjątkowo narażeni na inwigilację, bo ich boisko jest otoczone naturalnymi wzniesieniem i kilkoma wysokimi budynkami. Wzgórze Gajowickie, na którym pojawił się mężczyzna uważany za przedstawiciela Legii, jest tylko jednym z nich.
– Już Jacek Magiera, pracując w Śląsku, zwracał uwagę, że dobrze by było postawić wokół boiska jakieś siatki maskujące albo kotary, by zyskać trochę intymności. Ale to niemożliwe. Musiałyby mieć po kilkanaście albo kilkadziesiąt metrów, bo teren dookoła jest akurat tak ukształtowany, że nie sposób się zasłonić. Obok jest wysoki Hotel Śląsk, a kawałek dalej Sky Tower, najwyższy budynek w mieście, z którego też widać boisko. Przy dzisiejszym rozwoju technologii nie trzeba mieć nawet lornetki – mówi jeden z byłych pracowników Śląska.
To nie był pierwszy raz, gdy ktoś obserwował trening Śląska. Słyszymy o przynajmniej dwóch podejrzanych przypadkach tylko z poprzedniego sezonu – z tą różnicą, że wtedy nie udało się złapać szpiega za rękę. Innym razem trenerzy Śląska dopiero po fakcie zorientowali się, że musieli być podglądani. Na jeden z meczów całkowicie zmienili bowiem sposób pressingu. To była zupełna nowość, nietestowana nigdy wcześniej i przygotowana pod konkretnego rywala. Ten jednak od pierwszej akcji był na to doskonale przygotowany. Nie było innego wytłumaczenia – musiał widzieć ich trening.
Zobacz wideo Marek Citko o popularności w latach 90.: Nie mogłem normalnie wyjść z domu. Nie byłem na to przygotowany
Na trening przed derbami przyszedł szpieg, a tam stu kiboli. Uciekał, aż się kurzyło
Szpiegowanie jest w Ekstraklasie powszechne. Różne są metody – od chowania się po krzakach i podglądania treningów zza drzewa, po podlatywanie dronem w okolice boiska. Czasami robi to ktoś ze sztabu – zazwyczaj młody trener, jeszcze bez większego dorobku i rozpoznawalnej w środowisku twarzy, a czasami wynajęty operator drona, który nie musi nawet znać się na piłce, bo wystarczy, że po wszystkim dostarczy zleceniodawcy nagranie. Ale są też metody nieco subtelniejsze – dobrze chociażby mieć kogoś zaufanego w hotelu, w którym zatrzymuje się przyjezdna drużyna, by potwierdził np. czy kontuzjowany piłkarz, którego występ w meczu jest niepewny, w ogóle przyjechał z zespołem. No i jest też cały „biały wywiad”, czyli przeglądanie ogólnodostępnych informacji, analizowanie zdjęć zamieszczanych przez kluby w mediach społecznościowych, przysłuchiwanie się konferencjom prasowym, a także obserwowanie rozgrzewki rywala, by tuż przed meczem wyciągnąć ostatnie wnioski albo potwierdzić dotychczasowe ustalenia. Stosowanie tych wszystkich praktyk sprawiło, że naturalnie wykształcił się też kontrwywiad, czyli tropienie szpiegów, wypuszczanie w świat nieprawdziwych informacji, wszelkie mylenie tropów, ukrywanie szczegółów, a nawet wpisywanie do protokołu fałszywego składu i zmienianie kilku nazwisk w ostatniej chwili. Takich historii i rozmaitych anegdot usłyszeliśmy w ostatnich dniach mnóstwo. Trenerzy mieli tylko jeden warunek: rozmawiamy anonimowo.
Pod koniec lutego 2026 r. Lechia Gdańsk szykowała się do derbowego meczu z Arką Gdynia. To wręcz modelowy mecz, by opowiedzieć, jak i dlaczego szpieguje się rywali. Im wyższa ranga meczu – a derby z Lechią to dla Arki najważniejszy mecz w sezonie – tym pokusa pozyskania tajnych informacji jest większa. Wzrasta ona też wtedy, gdy zespół jest w trudniej sytuacji w tabeli albo znajduje się w ostatnich tygodniach w gorszej formie – Arka była wtedy tuż nad strefą spadkową. No i generalnie, niezależnie od pozostałych okoliczności, mecze derbowe sprzyjają szpiegowaniu, bo rywale trenują pod nosem, dobrze zna się teren wokół ich boiska lub bazy i często pracownicy jednego klubu mają znajomych w drugim klubie. Nie chodzi oczywiście o sztaby trenerskie, bo tutaj z oczywistych względów na pozyskanie jakichkolwiek informacji nie ma szans, ale mogą to być osoby pracujące w akademii, w biurach, klubowym sklepie albo nawet osoby dbające o porządek w bazie lub na stadionie. – Ktoś zna kogoś, a ten ktoś zna kogoś jeszcze innego – obrazowo tłumaczy to jeden z trenerów.
Lechia, spodziewając się, że może być przez Arkę podglądana, przesunęła swój ostatni trening przed meczem ze zwyczajowej godz. 11 na godz. 9. Mimo to, w pewnym momencie trenerzy zauważyli w pobliżu boiska podejrzanego mężczyznę. Pech chciał, że na treningu było około stu kibiców Lechii, którzy przed derbami chcieli zagrzać swoich piłkarzy do boju. Gdy dowiedzieli się, że prawdopodobnie ktoś z Arki wpadł w odwiedziny, byli gotowi do działania. W pogoń ostatecznie nie ruszyli, ale mężczyzna w porę uciekł. Nie był to jednak koniec. Minął kwadrans, a wysoko nad boiskiem pojawił się dron. Wtedy jednak Lechia już kończyła swój trening.
Pół roku wcześniej – w lipcu 2025 r., tuż przed rozpoczęciem sezonu – miała miejsce podobna historia. Lechia rozgrywała zamknięty sparing z Motorem Lubin, gdy nagle nad boiskiem pojawił się trzeci dron. Jako pierwsi zauważyli go trenerzy Motoru. I zaczęli poszukiwania. – Zachowywali się jak dzieci, które bawią się w podchody. Mieli frajdę z tego, że wytropią operatora i go zdemaskują. Rozbiegli się we trzech po lesie i zaczęli szukać – opowiada nam jeden ze świadków.
– Jak widzisz obcego drona, to podlatujesz do niego swoim dronem i wywołujesz zakłócenia. On albo od razu spada, albo automatycznie wraca do osoby, która nim steruje. Zależy od oprogramowania. Ale czasami jest pokusa, żeby takiego szpiega złapać na gorącym uczynku. Wtedy lądujesz swoim dronem i wymieniasz w nim baterię. Puszczasz go z powrotem i czekasz aż bateria tego obcego drona zacznie się rozładowywać. One zwykle trzymają około 20-25 minut. Wtedy śledzisz, jak obcy dron ląduje, lecisz za nim i nagrywasz operatora – mówi nam trener, który w ostatnich latach pracował w sztabach kilku ekstraklasowych klubów.
Trenerzy Motoru w tej grze wywiadów odnieśli wtedy spektakularny sukces – złapali analityka Arki, skasowali mu cały nagrany materiał i zabrali drona. Później zaczęli się zastanawiać, czy przypadkiem nie złamali prawa, bo przecież podchodziło to pod kradzież. Drona oddali więc niedługo później, po meczu z Arką, który rozgrywali w 1. kolejce. Po całym zajściu Dawid Szwarga, który był wtedy trenerem Arki, zadzwonił do trenera Motoru – Mateusza Stolarskiego, by je wyjaśnić. Publicznie przyznał też, że takie zachowanie było nie fair.
Trenerzy mówią, że największą czujność zachowują, gdy przychodzi im grać z zespołami prowadzonymi przez Marka Papszuna i z drużynami jego byłych asystentów, czyli Dawida Szwargi i Goncalo Feio. Twierdzą, że to tzw. „szkoła rakowska”, która każe trenerowi zrobić wszystko, by pomóc zespołowi wygrać mecz. Wierzą, że każdy detal może mieć znacznie. – Z uśmiechem śledziłem te słowne przepychanki Feio, gdy był trenerem Legii Warszawa i oskarżał Raków, że go szpiegował. Trafił swój na swego – śmieje się jeden z doświadczonych polskich trenerów, nawiązując do sytuacji z września 2024 r. Feio wrócił wtedy na konferencji prasowej do swoich początków pracy w Legii. Pierwszy mecz grał właśnie z Rakowem. – Miałem wtedy trzy treningi i wszystkie trzy zostały nagrane dronem – powiedział.
Miał zatem rację Marek Papszun, który po zremisowanym 1:1 meczu ze Śląskiem powiedział na konferencji prasowej, że nie złamał żadnych przepisów. – Robimy wszystko, żeby rozpoznać przeciwnika. Oczywiście wszystko, co jest dozwolone. Jeśli ktoś ma do nas jakieś zastrzeżenia, to są odpowiednie komisje, do których trzeba to kierować – stwierdził.
Anglicy mają swój przepis stosunkowo od niedawna – od 2019 roku. Powstał on po głośnej aferze z udziałem Marcelo Bielsy, który był wtedy trenerem Leeds United i wysłał jednego ze swoich współpracowników, by szpiegował Derby County. Gdy ten został złapany z lornetką w ręce, wybuchła gigantyczna afera, a o moralności i etyce w futbolu rozprawiali najbardziej znani felietoniści i telewizyjni eksperci. Bielsa zwołał nawet w tej sprawie specjalną konferencję prasową. Dziennikarze byli przekonani, że poda się na niej do dymisji, co dużo mówi o skali tamtej afery. Argentyńczyk nie tylko nie odszedł ze stanowiska, ale zaczął przekonywać, że nie zrobił niczego, co jest zabronione. Mało tego – powiedział, że w tym sezonie widział treningi wszystkich swoich rywali, nie tylko Derby County! Dodał też, że szpieguje wszystkich od 2002 roku, bo taki ma styl pracy i zawsze chce pomóc drużynie. Jednocześnie przyznał, że rozumie krytykę i zgadza się, że nie wszystko, co jest legalne, jest właściwe. Ciekawe było jego wytłumaczenie. Przyznał, że czuje się winny, jeśli nie pracuje wystarczająco dużo, a każda dodatkowo pozyskana informacja zmniejsza jego niepokój przed meczem i daje poczucie, że przybliża swój zespół do zwycięstwa. To postawa, którą – zdaniem jednego z asystentów, z którym rozmawialiśmy – da się zaobserwować wśród niektórych polskich trenerów.
Leeds United zostało wtedy symbolicznie ukarane grzywną 200 tys. funtów za złamanie bardzo ogólnej zasady „działania w dobrej wierze i poszanowania zasad uczciwości”. I to wtedy Anglicy doszli do wniosku, że potrzebny jest im konkretny przepis zakazujący szpiegowania rywali. Przydał się on kilka miesięcy temu, gdy Southampton tuż przed barażowym meczem o wejście do Premier League obserwowało trening Middlesbrough. Gdy sprawa wyszła na jaw, kara była bardzo dotkliwa: wykluczenie z baraży i automatyczny awans przeciwnika, a także cztery ujemne punkty w kolejnym sezonie.
PZPN pracuje nad wprowadzeniem przepisów zakazujących szpiegowania
Sytuacja, w jakiej znajduje się polska piłka i PZPN, jest niemal identyczna jak sytuacja w Anglii w 2019 roku – nie ma przepisu, który konkretnie zabraniałby klubom szpiegowania. Zapytaliśmy więc PZPN, czy ostatnie przykłady szpiegowania, o których głośno było w mediach, mogą stać się paliwem do wprowadzenia podobnych przepisów, jakie obowiązują w Anglii. – Jesteśmy w trakcie prac zespołu ds. przygotowania projektu zmian w Regulaminie Dyscyplinarnym PZPN i ten temat będzie w najbliższym czasie przedmiotem dyskusji i ustaleń. Być może taki przepis, dotyczący nieuczciwego wpływania na wynik meczu lub wynik rywalizacji zawodów sportowych, zostanie wprowadzony już w następnych miesiącach bieżącego roku. W tym zakresie, moim zdaniem jest konieczność uzupełnienia regulaminu – przekazał Adam Gilarski, rzecznik dyscyplinarny PZPN.
Słyszymy, że przepis, nad którym pracuje PZPN ma brzmieć podobnie, jak ten angielski. Skoro więc szpiegowanie już za kilka miesięcy może być w polskim futbolu zakazane, zapytaliśmy też, jak może wyglądać kwestia udowodnienia, że padło się jego ofiarą. – Organy dyscyplinarne mają szerokie możliwości uwzględniania dowodów w takiej sprawie, także prowadząc postępowanie „z urzędu”. Przy czym opisywane w mediach sprawy dotyczące szpiegowania przeciwnej drużyny dostarczały już wiarygodnych materialnych dowodów np. w postaci przechwyconego drona, czy też zdjęcia „wysłannika” drużyny przeciwnej obserwującego trening przed zbliżającym się meczem – deklaruje Gilarski.
Trenerzy, z którymi rozmawiamy, twierdzą, że wprowadzenie przepisów regulujących tę kwestię jest koniecznie i powinno ograniczyć ten problem, ale niemal na pewno nie wyeliminuje go w pełni. – Zacznie się ważenie, czy warto spróbować podejrzeć rywala za cenę ujemnych punktów albo kary finansowej. Jednym razem, przy bardzo ważnym meczu, okaże się, że warto zaryzykować, a innym razem pewnie kluby odpuszczą. Ale to i tak spora różnica i krok we właściwą stronę, bo dzisiaj szpiegujące kluby nie ryzykują w ogóle. Jak ich złapią, to ich złapią. Pośmieją się wszyscy, ale żadnych konsekwencji nie będzie – mówi jeden z trenerów.