Tutaj mieliśmy tych Holendrów wreszcie walnąć, jak obiecywał Jan Urban ich selekcjonerowi po drugim z rzędu remisie w eliminacjach. Ale nasze marzenia w Houston, mimo porażki 1:5, spełniają Szwedzi. I z bliska boli to jeszcze bardziej. Polacy ponoszą tu koszty moralne i finansowe. Zapytaliśmy ich, ile trzeba było wydać, by przylecieć na mundial.
Zaczyna się jeszcze dzień przed meczem w samolocie lecącym z Chicago do Houston. Na pokładzie sporo polskich i szwedzkich kibiców. Polacy – w ubraniach cywilnych, nie do wyłapania w tłumie innych pasażerów. Szwedzi – w meczowych koszulkach i imprezowych nastrojach. Zauważa ich stewardesa, która witając wszystkich na pokładzie, szczególnie serdecznie wita wszystkich kibiców, którzy „są w znakomitych humorach i świetnie się bawią” i którym pragnie życzyć powodzenia w nadchodzącym meczu. Dostaje za to brawa, jak piłkarz po strzelonym golu. Zresztą, widać, że dobrze rozumie kibicowskie emocje, bo co chwilę nawiązuje do mundialu. Ma na sobie koszulkę reprezentacji Meksyku, a jej koleżanka paraduje w koszulce USA, która po pierwszym meczu z Paragwajem zaczęła wyprzedawać się w takim tempie, że wiele oficjalnych sklepów prosiło producenta o błyskawiczną dostawę.
Polscy kibice przylecieli do Houston i założyli pomarańczowe koszulki
– Jesteśmy z Krakowa, ale mieszkamy w Chicago od 2002 r. Pech, bo ani nie zastał nas mundial w Chicago, ani reprezentacja Polski w Houston – mówi Jakub Łomnicki, z którym rozmawiam po wylądowaniu na miejscu. – Bilety na ten mecz zdobyłem w loterii dopiero za czwartym razem, jak już było wiadomo, że z Holandią zagra tutaj zwycięzca baraży, czyli Polska albo Szwecja. No i niestety… – rozkłada ręce, a ja pytam, czy nie chciał tych biletów sprzedać, gdy Polska przegrała w Sztokholmie. – Nie było takiego pomysłu. Skoro już te bilety były, to chcieliśmy ten mundial przeżyć. Żal oczywiście, że nie ma naszych. Tym bardziej po pierwszym meczu Szwecji, w którym rozjechała Tunezję aż 5:1. Nachodziła wtedy myśl, że to moglibyśmy być my – tłumaczy.
Obok stoi Andrzej Bednarz, kolejny polski kibic z Chicago. – Nie pamiętam, od kiedy dokładnie mieszkam w USA, to moją żonę trzeba pytać o takie rzeczy. Ale na pewno w 1994 r. już byłem, bo pamiętam ten poprzedni mundial, który się tutaj odbywał. Wtedy akurat były mecze w Chicago, ale na żadnym nie byłem, bo to był sam początek pobytu, nie było warunków, nie było szans. Ale nie pamiętam, żeby wtedy była w mieście atmosfera wielkiego turnieju. Teraz jest jeszcze gorzej, bo tych mistrzostw nie ma w Chicago w ogóle. Trzeba więc latać – uśmiecha się. – Podoba mi się w tych mistrzostwach, że nie ma jednej przewodniej drużyny, dużo faworytów, jak Hiszpania czy Portugalia, już w pierwszych meczach straciło punkty, więc teraz emocje rosną. Małe kraje pokazują, że cały świat już gra w piłkę na pewnym poziomie. I to jest fajne – mówi.
W dniu meczu widzimy się na stadionie. Polacy idą w koszulkach reprezentacji Holandii, m.in. Frenkiego de Jonga. – Myślałem, że przyjdziecie w biało-czerwonych – zagaduję. – Dzisiaj kibicujemy Holandii, niech nas pomści! – tłumaczą.
Zobacz wideo Studio mundialowe
Nie wszyscy sprzedali bilety po odpadnięciu Polski. Oto koszty tego mundialu
To jak wejście do łazienki, w której ktoś brał długą, gorącą kąpiel. Takie jest powietrze w Houston. 29 stopni, do tego 80 proc. wilgotności. Ostrzeżenia burzowe. Gdy dwie godziny przed meczem Holandia – Szwecja zaczyna padać deszcz, później nie ma już szans wyschnąć. Jadąc autobusem mijam kibiców, którzy na chodnikach robią sobie przerwy, bo nawet spacerowe tempo nieprawdopodobnie męczy. Na szczęście na piłkarzy w ogóle to nie wpłynie, bo stadion w Houston jest zadaszony i klimatyzowany. Zimne powietrze wieje tak, że już po kilkunastu minutach zakładam bluzę.
To miał być „polski mecz”. Może nawet wymknąłby się ze znanego turniejowego schematu i wcale nie był meczem o wszystko, patrząc na formę i przygotowanie Tunezji, a także rozszerzenie mundialu, które sprawiło, że trudniej z niego odpaść. Polska zagrałaby tutaj, gdyby w marcu poradziła sobie ze Szwecją. Wielu kibiców oglądało tamten barażowy mecz, mając już w ręce bilety na mundial. Stanęli więc przed dylematem: sprzedawać czy lecieć, mimo odpadnięcia Polski.
Przy stadionowych bramkach kręcę się przez pół godziny i z wyjątkiem grupy z Chicago poznanej dzień wcześniej nie spotykam żadnych Polaków. Poddaję się. Dopiero bliżej stadionu, tuż przed samym wejściem, słyszę ojczysty język. Agnieszka przyleciała na mundial ze swoim mężem i przyjaciółmi. – Był dylemat. I nie ukrywam, że to ja wszystkich urobiłam. A najtrudniej było oczywiście z moim mężem! Ale mówiłam: wyjazd życia, prawie wszystko zorganizowane, mecze przecież będą. Czułam, że jeśli odpuścimy teraz, to już raczej do Meksyku i USA się nie wybierzemy. A mnie się szczególnie marzył właśnie ten Meksyk – opowiada.
Od początku mistrzostw świata na każdym kroku zauważamy, jak droga jest ta impreza. Ceny hoteli, dojazdów, parkingów i życia w miastach, które ten mundial goszczą, chwilami wydają się wręcz absurdalnie zawyżone.
– Koszty? – w tym momencie Agnieszka spogląda na męża. Ewidentnie to on jest w tym małżeństwie księgowym. – No dość drogi to jest wyjazd, nie ma co ukrywać. Ale taka podróż nigdy nie byłaby tania. Wiem, że wielu Polaków po barażach sprzedawało bilety, bo byliśmy dodani na różne grupy. I trzeba to zrozumieć. Same loty dla naszej dwójki to kilkanaście tysięcy złotych. Hotele w Meksyku były ciut tańsze niż w USA, więc za trzy noce w Monterrey wyszło chyba 2 tys. z hakiem. W Teksasie za trzy noce trzeba wydać te 4 tys. W międzyczasie trochę jeździmy i zwiedzamy. Byliśmy w muzeum NASA. Fenomenalne miejsce, nawet jeśli ktoś nie za bardzo interesuje się kosmosem. Ceny za jedzenie czy transport nie są tutaj aż tak wygórowane jak w Nowym Jorku czy Miami. Nie no, jest świetnie. Nie żałujemy! – mówią uśmiechnięci.
W Teksasie wszystko jest wielkie. Wielka była też Holandia
Żałować można – wbrew wszelkim twierdzeniom dyktowanym frustracją i rozczarowaniem po sparingowych meczach reprezentacji Polski z Ukrainą i Nigerią – że jej tutaj nie ma. Niemal na pewno by od tak grającej Holandii oberwała. Pewnie tego mundialu by nie zwojowała. Może nawet dostałaby takie lanie jak Szwecja. Ale i tak poczucie FOMO doskwiera tutaj okrutnie. To Szwedzi od wczesnych porannych godzin paradowali w hotelu w meczowych koszulkach, to oni przebierali się za wikingów i ruszyli w stronę stadionu. To oni się bawili i cieszyli tym meczem. To oni pozowali do zdjęć pod stadionem. To oni w ostatnich minutach poprzedzających gwizdek czuli to nieporównywalne z niczym innym napięcie. To oni zaśpiewali swój hymn. I nawet jeśli później na boisku Holandia okazała się znacznie od nich lepsza i rozszarpała ich trzema bliźniaczymi akcjami, to i tak można im zazdrościć. Nic ich nie omija.
Nie mieli Szwedzi kompletnie pomysłu, jak poradzić sobie z płasko zagrywanymi piłkami ze skrzydła tuż przed ich bramkę. Nieważne, czy piłka nadchodziła z lewej strony, czy z prawej. Nieważne, czy dogrywał ją Cody Gakpo, czy Denzel Dumfries, który wydaje się mieć wbudowany większy silnik niż jeżdżące po Teksasie samochody. Zresztą, próżno też szukać na ulicach Houston takiej maszyny, jak Brian Brobbey. A przecież to Teksas przez lata promował się hasłem, że tutaj wszystko jest większe. To drugi co do wielkości stan USA po Alasce. Wielkie są tutaj rancza, odległości, autostrady, pickupy i porcje na talerzach. I Holandia do tej wielkości się dostosowała. W pierwszym meczu z Japonią nie tyle nie przekonała, co wręcz potwierdziła większość obaw, które dręczyły kibiców jeszcze przed turniejem. Do USA lecieli skwaszeni i niepewni. Dopiero ten mecz powinien ich uspokoić.