Zawartość
Chiny są przekonane, że brakuje im już tylko kilku lat, aby stać się potęgą równą Stanom Zjednoczonym. Zgodnie z taką strategią Xi Jinping chce rozegrać szczyt z Donaldem Trumpem.
Siedmiu kolejnych prezydentów Stanów Zjednoczonych kontynuowało politykę otwarcia wobec Chin zapoczątkowaną historyczną wizytą Richarda Nixona w 1972 r. Ta strategia, której faktycznym autorem był ówczesny sekretarz stanu Henry Kissinger, spełniła pierwsze swoje założenie: trwale wyrwała ChRL z objęć Związku Radzieckiego, co wydatnie przyczyniło się do wygrania przez Waszyngton zimnej wojny. Ale drugie założenie nigdy się nie spełniło. Chiny nie stały się bardziej demokratyczne, nie zintegrowały się z zachodnim światem. Przeciwnie, nie tylko Pekin buduje swoją własną potęgę, ale rządzący krajem od 2013 r. Xi Jinping okazał się najbardziej autorytarnym przywódcą od czasów Mao.
Donald Trump nie zdołał rzucić cłami Chin na kolana
Donald Trump jeszcze w trakcie swojej pierwszej kadencji stał się pierwszym od czasów Nixona prezydentem, który odważył się położyć temu kres. Zaczął wprowadzać cła na import z Chin i ograniczenia w transferze technologii, które potem utrzymał jego następca, Joe Biden. Po powrocie do Białego Domu Trump jeszcze mocniej poszedł w tym kierunku, nakładając w pewnym momencie opłaty sięgające 145 proc. na chińskie produkty sprowadzane do USA.
Jednak jeszcze w samolocie, którym leciał w środę na szczyt w Pekinie, amerykański prezydent przesunął kierunkowskaz w drugą stronę. A przynajmniej można było odnieść takie wrażenie. Trump napisał w mediach społecznościowych, że jego najważniejszym postulatem wobec Xi Jinpinga będzie apel o „otwarcie Chin” dla amerykańskiego biznesu. Oznacza to powrót do strategii Nixona. W podobny sposób można interpretować skład amerykańskiej delegacji, w której pojawili się szefowie największych amerykańskich koncernów w tym Elon Musk (Tesla), Tim Cook (Apple) czy Jensen Huang (Nvidia). A także syn prezydenta i szef konglomeratu jego firm Eric Trump. Wszyscy gotowi do wielkich interesów z Chińczykami.
Tyle że Chiny do powrotu do dawnego układu nie są gotowe. Owszem, wychodząc naprzeciw próżności Trumpa, chiński przywódca powitał go wedle dokładnie tego samego scenariusza, co w trakcie jego pierwszej wizyty w 2017 r. Jednak w trakcie przemówienia w Wielkiej Hali Ludowej Xi przedstawił już zupełnie inną wizję, niż to było dziewięć lat wcześniej. To dwa równe sobie mocarstwa, które dzielą świat. Chiński przywódca odwołał się nawet do „pułapki Tukidydesa”: teorii starożytnego, greckiego historyka, który twierdził, że kiedy pojawia się nowa potęga, jest skazana na konflikt z potęgą dotychczasową, która chce utrzymać swój monopol władzy. Zdaniem Xi podobnego konfliktu można uniknąć, jeśli Waszyngton i Pekin będą ze sobą współpracować.
Trump zmienił podejście do Chin, bo zdał sobie sprawę, że nie rzuci ich na kolana. Jest na to za późno: Państwo Środka zbytnio już urosło. W trakcie spotkania w Seulu pół roku temu z Xi, amerykański przywódca zgodził się na zawieszenie na rok wspomnianych 145-procentowych ceł. Utrzymano układ, w którym amerykańskie opłaty na chiński import wynoszą ok. 47 proc. podczas gdy chińskie na towary sprowadzone z USA – 30 proc. Obu krajom zależy na utrzymaniu takiego rozejmu.
Trump i bez starcia handlowego z Chinami ma na głowie kłopoty gospodarcze spowodowane katastrofą irańską, które zapewne będą kosztowały republikanów większość w Izbie Reprezentantów w listopadzie. Ale i wzrost gospodarczy ChRL spowolni, zdaniem MFW, w tym roku do 4,4 proc. Kraj nastawiony na eksport płaci za coraz gorszą koniunkturę na świecie, a także problemy na wewnętrznym rynku nieruchomości.
Walka o przyszłość AI między Waszyngtonem i Pekinem jest wyrównana
Mimo wszystko przynajmniej od wielkiego kryzysu finansowego Chińczycy są przekonani, że USA to potęga schodząca, z której dominacji można będzie się otrząsnąć. Mimo wojny handlowej wypowiedzianej przez Trumpa, Chiny przez ostatnie dwanaście miesięcy wypracowały rekordową nadwyżkę w handlu 1,2 biliona dolarów. Znalazły sobie nowe rynki zmniejszając zależność od rynku amerykańskiego.
W wymianie ze Stanami ta nadwyżka teoretycznie spadła w ciągu roku o połowę, do ok. 200 mld dol. Jednak w znacznym stopniu to manewr księgowy: Chińczycy sprzedają teraz swoje towary Amerykanom poprzez inne kraje.
Xi chce tę niezależność od USA budować także na polu technologicznym. Trump wydał zgodę na sprzedaż przez Nvidię zaawansowanych półprzewodników. Jednak chińskie giganty technologiczne, jak Alibaba czy Tencent aż tak bardzo nie spieszą się z zawieraniem kontraktów w tej sprawie. Chińskie władze poleciły im rozwinąć własną technologię, co robią bardzo skutecznie. Walka o przyszłość sztucznej inteligencji (AI) między Waszyngtonem i Pekinem jest coraz bardziej wyrównana.
Chiny uważają, że z tak niestabilnym przywódcą jak Trump nie da się na trwałe uzgodnić nowego układu. Trzeba poczekać na nowego amerykańskiego przywódcę. Tak przynajmniej to ocenia „New York Times” powołując się na źródła w otoczeniu Xi.
Chińczykom chodzi o odroczenie planowanego kontraktu na dostawę Tajwańczykom amerykańskiej broni o wartości 14 mld dol.
Czy wojna z Iranem sprawi, że Stany Zjednoczone pójdą na ustępstwa ws. Tajwanu?
Ale Chińczycy uważają, że czas gra na ich korzyść nie tylko na polu handlowym i technologicznym, ale także geostrategicznym. Koronnym dowodem na tę tezę jest, z ich perspektywy, tragiczna kampania irańska, z której Amerykanie nie mogą się teraz wyplątać. Co prawda uderza ona też mocno w interesy gospodarcze Chin, które są zależne od importu ropy z Zatoki Perskiej. Ale w dłuższej perspektywie układ może się zmienić, bo inaczej niż Waszyngton, Pekin postawił na odnawialne źródła energii i tu chce być światowym liderem.
Xi liczy także, że wciągnięty w awanturę irańską Biały Dom pójdzie na ustępstwa w kluczowej dla niego sprawie: Tajwanu. – Kwestia Tajwanu jest najważniejszą sprawą w relacjach chińsko-amerykańskich. Jeśli będzie odpowiednio zarządzana, stanie się źródłem stabilności naszych stosunków dwustronnych. Jeśli nie, oba kraje mogą wejść na drogę konfrontacji, wręcz konfliktu – ostrzegł Xi.
Chińczycy liczą tu na dwa punkty. Pierwszy o charakterze semantycznym. Chcą, aby Ameryka zadeklarowała, że jest „przeciw” ogłoszeniu niepodległości przez wyspę (teraz obowiązuje bardziej neutralna formuła), że USA „nie popierają takiego ruchu”. Drugi wojskowy: chodzi o odroczenie planowanego kontraktu na dostawę Tajwańczykom amerykańskiej broni o wartości 14 mld dol. Już przed przylotem do Pekinu Trump zadeklarował, że będzie rozmawiał o tej drugiej sprawie z Xi. W Tajpej przyjęto to z dużym niepokojem. Do tej pory amerykańsko-tajwańska współpraca wojskowa nigdy nie była uzależniona od stanowiska Chin.
