...
Dom PolitykaUpór, czyli rzecz o Chinach i Tajwanie   

Upór, czyli rzecz o Chinach i Tajwanie   

przez admin

Poświęcam ten artykuł schematowi myślowemu, który obowiązuje w ustroju obecnie dominującym na świecie. Poletkiem doświadczalnym będzie Republika Chin (nazwa nadal urzędowa), czyli Tajwan, ale wykroczę poza granice regionalne.

Chodzi mi bowiem o upór, motywowany interesami oraz obsesją ideologiczną globalizmu w jego typowej postaci. Upór nie tylko w działaniu, ale nade wszystko na płaszczyźnie intelektualnej, a zatem również propagandowej i edukacyjnej. W podobny sposób wypowiadają się politycy, rozmaici eksperci i pseudo-eksperci, zatrudnieni w tym celu naukowcy, a także publicyści.

To myślenie wypływa z przekonania (traktowanego jak aksjomat), iż jedynym doskonałym ustrojem jest demokracja liberalna. O tym, że zawiera ona w swej warstwie doktrynalnej liczne patologie, a w sferze praktycznej wypada jeszcze gorzej, nie wolno nie tylko pisać i mówić, ale- jak w żywej nadal wizji Orwella – przede wszystkim myśleć. Rozpoczynamy więc zawsze od zachwytu nad tym unikalnie światłym ustrojem, na nim też kończymy. Zachwytowi towarzyszy  objaśnienie, że tylko dzięki temu ustrojowi „narody” (w definicji anglosaskiej) mogą korzystać z owoców gospodarki globalnej. Istotnie, są wtedy bezwzględnie skazane na wyssanie przez melanż oligarchii  i molochów korporacyjnych. Według tego schematu alternatywy ustrojowe są wykluczone. Nie służą postępowi, tj. twardej, acz ukrytej władzy niewielu nad wieloma. Ze szczególną zajadłością piewcy demokracji liberalnej tropią nie resztkowe, choć w Azji groźne potencje komunistyczne (w swej genezie wszakże internacjonalistyczne), tylko nieliczne państwa walczące o niezależność narodową i broniące swej tożsamości. Każda specyfika ustrojowa, zawierająca jakieś elementy zachowawcze – tradycji, religii, zasad moralnych, obyczajów- budzi w globalistach nieopisany wstręt. Jednym słowem śmiertelnym wrogiem obowiązującej doktryny globalizmu nie jest bynajmniej totalitaryzm komunistyczny, tylko nacjonalizm czyli naturalne zróżnicowanie narodów całego świata.

W myśl globalistów świat ma być przymusowo scalony według jednego szablonu. Na próżno, acz z częściowymi efektami (rzezie i ruiny)  starali się o to komuniści, teraz od kilku dekad to szczytne zadanie podjęli globaliści na służbie „wielkich podmiotów gospodarczych”. Nieustannym zadaniem wojskowych, polityków, agitatorów i wychowawców (pożal się Boże) jest misja jedynego dobrego ustroju (demokracji liberalnej). Jak się da- perswazją, przekupstwem, szantażem, przewrotem, presją ekonomiczną, młotkiem edukacyjnym. Jak się nie da – wojną. Wskazano klarowny cel działania: apostolat ustroju idealnego. Ten priorytet wypełnia całą naszą rzeczywistość w skali globalnej. Mętne gadanie Trumpa i jego świty w sprawie przywrócenia szacunku dla suwerenności państw i odmienności ustrojów jest  kompletnie niewiarygodne w świetle przemocy i agresji, jakiej dopuszczają się Amerykanie. Apostolat skąpany w krwi, kłamstwie i pogardzie dla innych (tj. poza aksjomatem globalizmu) trwa.

Zapraszam na Tajwan

W tym miejscu zapraszam w podróż (wirtualną) na Tajwan. Schematy globalizmu w tym sektorze świata doskonale ilustruje niedawno wydana w Polsce (Kraków 2025), rok wcześniej napisana książka „Tajwan” Kerry’ego Browna, brytyjskiego sinologa, politologa, dyplomaty, obserwatora tamtejszego terenu od ponad trzydziestu lat. Autor doskonale wie, że ogłoszenie niepodległości Tajwanu jako rzekomo odrębnej wspólnoty narodowej pod parasolem USA wywoła najpierw inwazję ChRL (dysproporcja sił jest szokująca), a potem wojnę nuklearną między USA i ChRL, czyli zagładę. Przestrzega więc przed judzeniem, pochopnymi deklaracjami i tromtadracją. Zaleca przedłużanie chwiejnego status quo. Z książki przeziera autentyczny strach „Zachodu” przed potęgą komunistycznych Chin. Bardzo rozsądnie. Pragnąc jednak wytłumaczyć „tajwańską” rację stanu autor (wszak specjalista) gimnastykuje się z wysiłkiem, aby wykazać, że Tajwan właściwie nigdy chiński nie był, a zatem roszczenia Chin (niezależnie kto nimi rządzi) były i są bezpodstawne. Na następnych stronach jednak objaśnia, że osadnictwo, kultura, język… były chińskie. Skąd te wężowe piruety? A stąd, że najgorszym zagrożeniem (jak wszędzie) dla globalizmu marki demoliberalnej nie jest Komunistyczna Partia Chin (choć budzi uzasadniony lęk), lecz chiński nacjonalizm. Trzeba zatem pokracznie tłumaczyć, że tajwańska prowincja Chin to przecież nie Chiny, chociaż Chiny. Ot, dialektyka nowego typu.

Potrzeba nam odrobiny rzetelnej historii. Ludność tubylcza Tajwanu tzw. aborygeni, pochodząca z wysp Pacyfiku, nie sięga obecnie 5 % populacji liczącej 23 miliony. Już w 1349 r. odnotowano spontaniczne osadnictwo chińskie z kontynentu. Odkrycie wyspy przez Portugalczyków (1517 r. Ilha Formosa= Piękna Wyspa), kolonia hiszpańska na północy wyspy (1626-1642) i holenderska na południu (1624-1662, od 1642 r. na całej wyspie po wypędzeniu Hiszpanów) nie zmieniły chińskich tras migracyjnych przez cieśninę. Po wypędzeniu kolonistów i kupców holenderskich w latach 1662-1683 na Formozie (Tajwanie) istniało chińskie Królestwo Dongning, założone przez uciekinierów, zwolenników zdetronizowanej chińskiej dynastii Ming, zaś od 1683 r. wyspa została wcielona przez panującą dynastię mandżurską Tsing jako prefektura prowincji Fudżijan. Tajwan należał do Cesarstwa Chin od 1683 r. do 1895 r., przy czym od 1887 r. jako osobna prowincja. Licząc wspólnie okresy Dongning i Tsing mamy 233 lata nieprzerwanej państwowości chińskiej. Cały ten czas trwała imigracja chińskich rolników, kupców i rzemieślników. Funkcjonowały chińskie urzędy, szkoły, świątynie, implantowano konfucjanizm i taoizm. Jednym słowem – zwykłe, stare Chiny. W latach 1884-1885 mimo desantów morskich Francji nie udało się anektować Formozy. Dopiero wojna Chin z Japonią w 1895 r. odmieniła sytuację. Na 50 lat (1895-1945) wyspa stała się prowincją Cesarstwa Japonii. Panowanie japońskie zmieniło sytuację ludnościową. Na Formozie osiedliło się pół miliona Japończyków (wyjechali w 1945 r.). Władze japońskie systematycznie inwestowały w budowę kolei, portów, fabryk, miast, szkół i szpitali. Język japoński zyskał rangę urzędową, ograniczono używanie chińskiego w życiu publicznym.

Kuomintang na Tajwanie

Wyspa była ważną bazą morską i lotniczą Japonii, wykorzystaną w latach 30-tych XX w. do podboju Azji. W 1945 r. zgodnie z ustaleniami aliantów Tajwan został przywrócony legalnym władzom Republiki Chin, tj. rządowi Partii Narodowej (Kuomintang) marszałka Czang Kaj-szeka. Niestety rewolucja Komunistycznej Partii Chin Mao Tse-tunga, wsparta militarnie przez Związek Radziecki, spowodowała obalenie w 1949 r. rządu Partii Narodowej i wręcz koszmarną pacyfikację całego kraju. Do tego nieszczęścia walnie przyczyniła się notoryczna zdrada administracji USA za prezydentury Trumana, która ograniczyła pomoc wojskową dla Kuomintangu w decydującym momencie wojny domowej. Było to swoiście amerykańskie podziękowanie za olbrzymie ofiary sił zbrojnych nacjonalistów chińskich u boku USA w wojnie z Japonią w latach 1941-1945, przy czym chińska armia narodowa samotnie walczyła z Japończykami już od 1937 r. W 1949 r. kto mógł się ratować – uciekał przed czerwonymi. Oprócz rządu, kierownictwa Partii Narodowej i ocalonej części armii około 2 mln cywilnych uchodźców z Chin trafiło na Tajwan.

Upór, czyli rzecz o Chinach i Tajwanie   

Po tym wydarzeniu zaczyna się tajwańska współczesność. Czang Kaj-szek przeniósł na wyspę nie tylko instytucje państwa, nie tylko uratowane skarby cywilizacji i sztuki chińskiej (w kilkudziesięciu tysiącach skrzyń), ale zarządził też kontynuację prawną republiki, w tym nomenklaturę urzędową. Od 1949 r. na Tajwanie urzędują władze Republiki Chin. Dla uchodźców chińskich, dla zwolenników Kuomintangu było to zawsze oczywiste. Tajwan to jedyna wolna prowincja niepodzielnych Chin. Początkowo tej wykładni prawnej sprzyjały USA, podpisując układy obronne z rządem narodowym w 1950 i 1954 r. i udzielając pomocy wojskowej (rychło w czas!). To stanowisko uzasadniał paniczny strach przed dalszą inwazją komunistów chińskich oraz krwawa jatka wojny koreańskiej. Kuomintang bardzo słusznie rządził na Tajwanie żelazną ręką [1].

Do 1987 r. obowiązywał stan wyjątkowy. Istniał system monopartyjny (Partii Narodowej), a kontrolowane wybory dopuszczano tylko na szczeblu lokalnym. Rząd narodowy stworzył natomiast alternatywę bytową, upowszechniając drobną prywatną własność gruntów rolnych, własność prywatną w przemyśle i handlu, wolny rynek oraz  dopuszczając inwestycje zagraniczne. Nad dobrem publicznym, też w domenie gospodarczej, czuwało jednak silne państwo. Na tle upiornej nędzy komunistycznych Chin Mao Tse-tunga Republika Chin stała się tzw. „tygrysem” – krajem dynamicznego rozwoju i wzrostu zamożności. Czang Kaj-szek pokazał, że właściwy model gospodarczo-społeczny daje pomyślne efekty w ustroju autorytarnym. Konfrontacja z komunizmem, nie geopolityczna, ale ustrojowa, przyniosła sukces. Partia Narodowa ciągle jednak marzyła o powrocie na kontynent na skutek udanej kampanii antykomunistycznej.

Stawka na Pekin

Plany protektorów z USA były jednak całkiem odmienne. Postanowili wyzyskać głęboki konflikt w komunistycznej rodzinie między ZSRR a ChRL. Ten pierwszy uznali za większe wtedy niebezpieczeństwo. W początku lat 70-tych rozpoczęły się tajne negocjacje USA-ChRL. Mieszkałem wtedy blisko ambasady czerwonych Chin w Warszawie przy ul. Bonifraterskiej i nie zapomnę sznura limuzyn bez oznaczeń dyplomatycznych. Miejsc tych spotkań było kilka m.in. Bukareszt. W najważniejszych konszachtach brał udział grabarz armii USA i sił antykomunistycznych w Indochinach, cynik, pragmatyk i defetysta Henry Kissinger. Ofiarą tej zmowy mogła być w pierwszej linii Republika Chin na Tajwanie. W 1971 r. prawowity rząd Chin został wyrzucony ze stałego miejsca w Radzie Bezpieczeństwa ONZ, a potem w ogóle usunięty z ONZ. W 1979 r. USA zerwały stosunki dyplomatyczne z Chinami narodowymi na Tajwanie, a nawiązały z ChRL. Wzruszający przykład wierności dla słabszego sojusznika. Światowe represje izolacyjne wymierzone w Republikę Chin z biegiem lat ulegały pogłębieniu.

W oczach „Zachodu” znienacka jedyne Chiny to Chiny komunistów. Oczywiście nie z miłości. Magnaci kapitalizmu marzyli o dostępie do bogactw naturalnych, wykorzystaniu taniej siły roboczej i o zyskach handlowych w tym hiper-państwie komunistów. Ci zaś od lat 80-tych planowali już tzw. modernizację gospodarczą czyli wykorzystanie zdobyczy technologicznych i kapitałów „Zachodu”, ale pod czujną kontrolą aparatu partyjnego i pod warunkiem nieograniczonej sprzedaży produktów chińskich na rynkach zachodnich. „Zachód” odkrył sposób na zmniejszenie kosztów produkcji, ale się srodze zawiódł na płaszczyźnie politycznej. KP Chin nie dała się obłaskawić ani przekabacić na modłę demo-liberalną. Ani trochę. Z jednej strony owa żeniaczka komunizmu z kapitalizmem, z drugiej masowy wewnętrzny terror, prześladowania chrześcijan, eksterminacja Tybetańczyków i Ujgurów. Wszystko w jednym koktajlu.

Jak jednak wyszedł na tym Tajwan, podtrzymujący do 1988 r. model ustrojowy oraz ideologię Partii Narodowej? Kerry Brown pisze o tym otwartym tekstem. Pisze mniej więcej tak: jeśli by Tajwan utrzymał ustrój według modelu nacjonalistów chińskich, to „Zachód” nie byłby zainteresowany jego utrzymaniem. Skoro jednak wszedłby na szybką drogę reform w kierunku demokracji liberalnej… to zgoła co innego. No to wszedł. W 1987 r. zniesiono stan wyjątkowy i zalegalizowano „opozycyjną” Demokratyczną Partię Postępową (DPP). Od 2016 r. już stale wdraża ona swój postępowy program jako siła rządząca. W 1991 r. przeprowadzono pierwsze „demokratyczne” wybory do Zgromadzenia Ustawodawczego, od 1996 r. odbywają się powszechne wybory prezydenta, a od 2019 r. jako pierwszy kraj w Azji Tajwan usankcjonował tzw. małżeństwa jednopłciowe. Co na to powiedziałby Konfucjusz? W każdym razie „Zachód” cmoka z zachwytu. Jeśli dodać hit ostatniego ćwierćwiecza, czyli innowacyjną produkcję półprzewodników, umiejscowioną właśnie na tej wyspie, a sprzedawaną na całym świecie oraz kompletne zespolenie tego kraju z kapitalizmem globalnym- no, takiego bytu politycznego warto bronić rękoma i nogami.

Ale właśnie – jakiego bytu? I tu wytoczono działa aksjomatu ideologicznego. Ten kraj wyspiarski, idealnie wtopiony od 30 lat w globalną demokrację liberalną z jej dewiacjami wszelkiej maści, to nie mogą być Chiny, chociaż w 95 % zamieszkały jest przez Chińczyków z dziada-pradziada. Z tego powodu DPP zaprojektowała syntetycznego potworka: mówi się po chińsku, coś tam się jeszcze plącze z konfucjanizmu, ale to nie Chiny, tylko Tajwan, a naród – tajwański, który jest produktem młodszym i jeszcze bardziej sztucznym niż np. narody austriacki, mołdawski i macedoński. Taki produkt nadaje się do promocji. Chiny narodowe – w żadnym wypadku. Piewcy tych narodzin nie mogą przeboleć, że KP Chin posługując się retoryką nacjonalizmu (z którym do 1949 r. zażarcie walczyła) ciągle udowadnia, że ta wyspa to jednak integralna część Chin. A ponieważ CHRL na poparcie tej opinii ma nie tylko miliony żołnierzy, ale też pociski nuklearne, globalistyczny przeciwnik słucha tego uważnie, kryjąc wściekłość, ale nie kryjąc obaw.

Czy Tajwan jest chiński?

Szok zmian mentalnych, jakie ostatnio nastąpiły na Tajwanie, wprawiłby w osłupienie przywódców Partii Narodowej, prezydentów Republiki, Czang Kaj-szeka (zm. 1975) i jego syna Czang Czing-kuo (zm. 1988). To co zrobiono z narodem chińskim na tej wyspie nie jest dziełem obcym, choć z obcej inspiracji.  Dokonały tego siły rodzimych „postępowych” działaczy. Na nowy sposób wychowano też młodzież tajwańską, zresztą identycznie, jak w każdym segmencie globalizmu. System ten działa jak wszędzie – permisywizm w codzienności, ale węzłowe decyzje dotyczące życia zbiorowego podejmują nieliczni z daleka. Jedynym elementem specyficznym jest fakt, że bogactwu wyspy towarzyszy stałe zagrożenie ze strony ChRL.

Czas na wniosek koronny. Ukochana demokracja liberalna jest konsekwentnym wrogiem narodów historycznych, ich kultur, odrębności, odmiennych tradycji ustrojowych itd. Jeśli nie może ich zniszczyć od wewnątrz, próbuje je osłabić, produkując takie syntetyczne organizmy jak obecny Tajwan, coraz mniej chiński, choć zaludniony przez Chińczyków. To ważna lekcja dla całego świata. Obecny „Zachód” nie podniesie nawet widelca w obronie niepodległości jakiegokolwiek narodu, natomiast zrobi wszystko, żeby go przerobić na swoje kopyto jako cząstkę globalnego ładu. Na naszych oczach ta fabryka przetwórcza ogarnia Węgry, ale spotkać może każdy kraj, pragnący żyć choć trochę inaczej. Kompromisy w tej operacji nie będą stosowane.

Tadeusz M. Trajdos

[1] Współcześni „postępowi” komentatorzy nazywają ten okres bezczelnie „białym terrorem”.

Myśl Polska, nr 19-20 (10-17.05.2026)

Zobacz inne