Oby 19 lipca była lepsza pogoda, bo na meczu Anglia – Panama (2:0) rozgrywanym na stadionie w okolicach Nowego Jorku, na którym odbędzie się też finał, kibice po kilkudziesięciu minutach byli już kompletnie przemoczeni i zniechęceni do oglądania. Aż trudno uwierzyć, że mistrzostwa z tyloma niesamowitymi stadionami zostaną zwieńczone akurat na stadionie bez dachu. FIFA nie pierwszy raz zgubiła dobro i komfort kibiców – pisze z Nowego Jorku Dawid Szymczak.
W Nowym Jorku nawet kontrasty są olbrzymie. Wysiadam z pociągu na Penn Station w centrum Manhattanu, gdzie przecinają się szlaki kibiców, biznesmenów, turystów i ludzi, którym nie wyszło. Przeciskam się przez bramki i nagle, wraz ze wszystkimi, zawracam tuż przed schodami, zza których widać już świecące neony. Mężczyzna leży na schodach – sam zajmuje jeden, na drugim są jego rzeczy. Szukamy innego wyjścia.
Do hotelu mam tylko dwie przecznice, ale minę jeszcze kilka podobnych „sypialni”. Nie wszystkim amerykański sen się spełnił, więc dzisiaj śpią na ławkach albo skraju chodnika. Czasem mają materac i jakiś koc, czasem sam karton. Leżą albo w drzwiach zamkniętego sklepu, albo za śmietnikami. Kawałek dalej, przy przejściu dla pieszych, zbiera się kilkadziesiąt osób, które w końcu ruszają jak na sygnał. Po drugiej stronie mój rówieśnik stoi zgięty w pół, ze spodniami opuszczonymi do kolan. Nie rusza się, głowę chowa między swoimi udami. Wygląda jak zombie.
Na tej samej ulicy mężczyźni w garniturach pędzą do swoich korpo, a zmęczony życiem facet, w kitlu jak z operacyjnej sali, otwiera drzwi do spożywczego, oczekując drobnych podziękowań wrzuconych do plastikowego kubka. Przy 5. Alei stoją apartamenty warte dziesiątki milionów, a na ulicy leżą ludzie bez dziesięciu dolarów. Świat wielkich wydarzeń jest bardzo blisko świata wielkich problemów. Może w końcu na siebie spojrzą? Drobna policjantka idzie w kierunku mężczyzny śpiącego na chodniku. Obudzi go? Spróbuje pomóc? Trzy metry przed nim skręca do sklepu.
Zobacz wideo
Idę do Central Parku. Szukam mundialu, a znajduję Wimbledon
Nowy Jork, który zorganizuje osiem meczów tego mundialu – w tym finał, jest tak duży, ruchliwy i pełen atrakcji, że mundial kompletnie się w nim zgubił. Przez dwa dni spędzone w okolicach Times Square, Central Parku, Wall Street i innych turystycznych miejsc, można o nim zapomnieć. To pierwsze takie miasto na szlaku – nie dało się przegapić mistrzostw świata ani w Meksyku, ani w Los Angeles, ani w Houston, ani w Atlancie, ani w Miami, ani w Filadelfii, ani nawet w Chicago, gdzie przecież mecze się nie odbywają. A w Nowym Jorku? – Tutaj zawsze tyle się dzieje, że właściwie nie odczuwamy teraz żadnej różnicy. Ostatnie dni to przede wszystkim święto z okazji mistrzostwa NBA koszykarzy Knicks. Świetnie bawili się tu też kibice Norwegii, gdy zaczynali „wiosłować” [charakterystyczna „cieszynka”, fanów imitująca płynących łodzią wioślarzy]. Na początku było też sporo Brazylijczyków, ale pojechali dalej. Teraz na pewno jest mniej kibiców – opowiada ochroniarz z mojego hotelu, dopalając papierosa przed drzwiami.
Przy Times Square chodzą dwa gigantyczne goryle i wyciągają łapy po dolary za każde zdjęcie. Rywalizują z Myszką Miki i Kaczorem Donaldem. Jest też nieźle odwzorowany Robocop. Poza tym mnisi zapraszają do siebie na oczyszczające sesje, między nimi Naked Cowboy – facet w samych slipach i kapeluszu – szarpie struny gitary, a niedaleko niego mężczyzna trzyma na ramieniu papugę i przesadza ją na ramiona innych zainteresowanych. Zgłaszają się do niego nawet policjanci, którzy na Manhattanie są wszechobecni. Jest też cały tłum osób rozdających rozmaite ulotki – gdyby zbierać wszystkie, wystarczyłoby zajęć na dwa tygodnie. Są też spryciarze, którzy ukradkiem robią ci zdjęcie i wykłócają się, że musisz je od nich kupić. Wszyscy wszystko naraz. Ma to swój urok, ale skok do Central Parku w końcu jest konieczny.