Była ulubienica Aleksandra Łukaszenki rozbija rywalki i podbija trybuny – pieskiem, brylantem, welonem, tiktokiem oraz narzeczonym z solarium.
Na oczach kibiców z naburmuszonej białoruskiej dziewoi Aryna Sabalenka przeistoczyła się w sportową gwiazdę mody; z ożywionego pomnika przodowniczki pracy białoruskiego sowchozu w damę z pieskiem; tańczy i śpiewa na tiktoku, mówi to, co myśli i myśli to, co mówi. I gra jak diablica.
Czy widzieliście trening Novaka Djokovicia na Indian Wells, kiedy nagle w kadrze ukazuje się Aryna Sabalenka? Idąc wzdłuż siatki kocim krokiem, jak z wybiegu mody, przerywa zajęcia legendy tenisa. Djoković, śmiejąc się, rzuca w nią piłeczką. W tegorocznym turnieju Indian Wells kibice mieli prawo uczestniczyć w treningach, jeśli kupili dzienne bilety i robili to tłumnie. Sabalenka wie, że Djoković jest legendą, więc lubi się z nim pokazywać. Wspólnie bawią się na korcie. Zakładają się na niewielkie kwoty z celowaniem serwisem w puszkę postawioną na zbiegu linii kara serwisowego.
Wypełnia sobą tenis. Jest nadmiarowa, na korcie też. Jej krzyki znów zostały ukarane przez sędzię (mecz z Eliną Svitoliną w Australian Open).
Czy to wszystko jest prawdziwe i szczere, czy nie jest na pokaz?
Aryna Sabalenka i Mińsk
Sabalenka pnie się w górę, to jest prawdziwe. Sportowo jest na szczycie. Po turnieju w Indian Wells pozostanie na nim jako królowa tenisa. Brakuje jej do szczęścia kilku tytułów wielkoszlemowych – brak Wimbledonu i Rolanda Garrosa – i widząc jak ostatnio jej gra się poprawiła, aż człowiek się zastanawia, jakim cudem ona jakieś mecze w ogóle przegrywa. W tym roku faktycznie było ich mało. Jeden. Finał Australian Open z Rybakiną.
Tylko że nie tylko sport jej w głowie. Z ostatnich wydarzeń wynika, że tenis jest narzędziem, żeby zabłysnąć na szerszej arenie. Więcej niż tenis. Ale co?
Spójrzmy na tę dziewczynę, gdy pierwszy raz przyszła na trening w Mińsku.
Przyprowadził ją ojciec Siergiej, wówczas bramkarz hokejowy. Podobno stało się to przypadkiem (ale nie sądzę). Gdy przejeżdżali samochodem obok kortów Szkoły Tenisa Smiena, kilkoro dzieci ćwiczyło na powietrzu. Stanęli, pooglądali i następnego dnia sześcioletnia Aryna była na treningu. Siergiej codziennie woził ją na korty. Miał wtedy zaledwie 28 lat, ale już zdążył przyzwyczaić się do myśli, że po wypadku samochodowym nigdy nie będzie porządnym hokeistą.
Trwało to ładne parę lat. Aryna sama wspominała, jak krzyczał do niej: – Ari, masz dopiero 12 lat, a już złamałaś sześć rakiet?! Czy ty jesteś w ogóle normalna?
Ma ktoś inny. Ona. W styczniu 2025, po czterech latach współpracy, odeszła z IMG, agencji-giganta, do Evolve, agencji butikowej, stworzonej przez Naomi Osakę i znanego w środowisku agenta Stu Duguina. Duguin był wcześniej w IMG, a jeszcze wcześniej w Lagerdere. Tam zajmował się sponsorskimi kontraktami sióstr Radwańskich i Jerzego Janowicza. Zresztą Radwańska kiedyś zmieniła Lagardere na IMG, podążając właśnie za Duguinem.
Mimo ogromnych wysiłków Sabalenki, od których bolą oczy, jej marka buduje się z mozołem. Prawdopodobnie powodem jest, że tenisistka wciąż jest kojarzona z Białorusią. Kiedy pytają cię, z czym ci się kojarzy Białoruś, słowo luksus raczej nie przyjdzie do głowy w pierwszych 100 odpowiedziach do wyboru.
W 2024 r. zarabiała około 9 mln dol. na kontraktach sponsorskich, czyli o wiele mniej niż na przykład Iga Świątek (Forbes podawał, że Polka, wówczas liderka rankingu, wyciągała 15 mln dol.).
Na początku zeszłego roku podpisała kontrakt z legendarnym domem mody Gucci i inną luksusową marką, producentem zegarków Audemars Piguet, a jednym z jej sponsorów jest Oakberry, czyli firma spożywcza, której właścicielem jest narzeczony. Są jeszcze linie lotnicze Emirates, jest Nike, która robi reklamówki z Sabalenką jako wyłączną bohaterką. I w 2025 r. zarobiła na sponsorach już 15 mln dol. To wciąż mało, wciąż Sabalenka nie dorównuje np. Coco Gauff, wciąż na swój sposób pracuje na tym, żeby bogaty świat ją zauważył i podniósł kwoty, jakie chce na nią wydać.
Marzy jej się, że będzie zarabiać tyle, co mężczyźni. Tamten głupawy pomysł z pojedynkiem z Nickiem Kyrgiosem – który nie miał nic wspólnego z poważnym wyzwaniem, z „wojną płci” – wziął się z tego marzenia. Głupawe teksty: „Ha! Kobiety też powinny grać pięciosetowe mecze na Wielkim Szlemie” (podczas gdy tak naprawdę mężczyźni powinni skrócić grę do „best-of-three”) – to też marzenie. Marzenie o tym, żeby zabłysnąć, żeby porównać się do mężczyzn z komercyjnym celem w głowie, żeby sponsorzy zainwestowali w nią więcej pieniędzy.
Na razie nie jest tak źle. Na razie jest tak, że dziewczyna, która dekadę temu opuściła Mińsk, zastąpiła złotego lamparta od Cartiera zaręczynowym pierścionkiem z brylantem za podobno 3,5 mln dol. To nie jest jej ostatnie słowo. Zdjęcia obiegły internet. Wiele razy.
Finał w Indian Wells, w którym Aryna Sabalenka gra z Eleną Rybakiną, rozpocznie się w niedzielę o g. 19. Relacja na Sport.pl