...
Dom PolitykaNASZ NEWS. „Dawidek” miał decydować o zatrudnianiu lekarzy specjalistów na SOR. wPolityce.pl odsłania kulisy

NASZ NEWS. „Dawidek” miał decydować o zatrudnianiu lekarzy specjalistów na SOR. wPolityce.pl odsłania kulisy

przez admin

Portal wPolityce.pl dotarł do informatora, który w Szpitalu Południowym przepracował wiele lat, także na SOR. To, co ujawnia, szokuje! Okazuje się, że Dawid Kacprzyk, który był lekarzem bez specjalizacji od niespełna półtora roku, miał mieć wpływ na odmowę zatrudnienia lekarza z wysokimi kwalifikacjami. „Oczywiście ‘Dawidek’ trzy razy się z nim umawiał i trzy razy nie miał czasu. Na końcu mu odpowiedział, że on nie ma wolnych miejsc na SOR Szpitala Południowego. Jednym słowem, sorry, ale nie potrzebuję” – mówi nasz informator, który na razie pragnie zachować anonimowość.

Na dyżurze w SOR jest mnóstwo pracy i decyzje trzeba podejmować szybko. Jak podkreśla nasz informator – lekarz z kilkudziesięcioletnim stażem, który kierował takim oddziałem i przygotował wielu ratowników i lekarzy – nie wszyscy się do tej ciężkiej pracy nadają.

Obok decyzji czysto medycznych, trzeba dziś także ogarnąć mnóstwo pracy administracyjnej. Lekarz na takim dyżurze w zasadzie nie ma jak jednocześnie badać pacjenta i podejmować decyzji oraz wypisywać stosu skierowań i zamieszczać informacji w szpitalnym systemie. Często pomaga w tym pielęgniarka lub ratownik, którzy używają konta lekarza już zalogowanego. Wykonują jednak to w jego obecności na jego polecenie, bo to jest praca zespołowa i pod absolutnym nadzorem prowadzącego lekarza. Czy tak było w Szpitalu Południowym?

To było zawsze uwidocznione w papierowej karcie zleceń i jasne było, że to jest moje zalecenie podstemplowane moją pieczątką. Nie wiem, czy ordynator SOR dr Adam Macech był codziennie, ale wydaje mi się że nie, bo po prostu nie miałby na to ochoty. W związku z tym prawdopodobnie na jego haśle wypisywał papiery ktoś inny, bo znał ten login, a może i miał na to pozwolenie dr Macecha, ale nie sądzę, bo jego nie było. W związku z tym nie mógł mieć tej jego zgody, więc to było nadużywane. Tutaj był totalny rozgardiasz, bo nikt nie był w stanie opanować zatrudnienia

— mówi nasz informator.

Czytaj także

  • Rezygnacja ordynatora SOR w Warszawskim Szpitalu Południowym! Lekarze: To bardzo poważna sytuacja

„Sory, ale nie potrzebuję”

Lekarz ujawnia nam, że Dawid Kacprzyk, który był lekarzem od zaledwie półtora roku, nie tylko miał nadzorować pracę stażystów – czego robić nie mógł – ale miał mieć wpływ także na zatrudnianie lekarzy specjalistów, a w kilku przypadkach także na ich zwolnienie.

„Dawidek” miał po prostu nieograniczone możliwości wywierania presji i decydował o przyjęciach. Przytoczę tu przykład jednego ze świetnych specjalistów chorób wewnętrznych, lekarza wysoko wyszkolonego, bezbłędnego i znakomitego diagnostę ze świetnymi opiniami, który zrobił też specjalizację z medycyny ratunkowej, żeby pracować na SOR. A przypomnę, że w Szpitalu Południowym jakimś koordynatorem SOR był „chłopaczyna” bez specjalizacji z półtorarocznym stażem. Temu lekarzowi zasugerowano, że o pracy na SOR Szpitala Południowego rozmawia się z „Dawidkiem”. Lekarz umawiał się z nim trzy razy i poinformował, że chce pracować na kontrakcie na pełnym wymiarze, bo jest w pełni dyspozycyjny

— mówi nasz informator. Jak ta historia się skończyła?

Oczywiście „Dawidek” trzy razy się z nim umawiał i trzy razy nie miał czasu. Na końcu mu odpowiedział, że on nie ma ma wolnych miejsc na SOR Szpitala Południowego. Jednym słowem, sorry, ale nie potrzebuję. Ten lekarz zadzwonił wtedy do mnie i zapytał, czy mogę jakoś tu pomóc, bo on nie wie co ma zrobić. Odparłem, że niestety nie mogę, bo nie znam tego człowieka, nie będę prosić o audiencję. To nie są bajki z mchu i paproci, mówię o wydarzeniu autentycznym z tego roku. Myślę, że one się bał konkurencji. Poza tym był butny i arogancki w swoim zachowaniu w stosunku do innych lekarzy. Pracowałem tam dzień w dzień i wiem jak to było na SOR. Znałem wszystkich lekarzy i ratowników tego oddziału

— ujawnia nasz informator. Warto dodać, że znalezienie lekarza specjalistę, chętnego do pracy w Szpitalnym Oddziale Ratunkowym, nie jest takie proste.

Czytaj także

  • TYLKO U NAS. Ależ nerwy! Posłowie KO wściekli na red. Jarząbka. Kropiwnicki zapowiedział skargę do Czarzastego

Nieograniczone możliwości presji „Dawidka”

Nasz rozmówca podaje kolejny przykład „możliwości” Dawida Kacprzyka.

W pogotowiu pracował lekarz z wieloletnim stażem. Wcześniej pracował także na oddziałach ratunkowych w innych szpitalach. Proszę sobie wyobrazić, że doszło do rękoczynów, bo pan Dawid również bardzo chętnie brał się do bicia. Oczywiście nie wiem o co tam poszło. Jak rozwiązano sprawę tę sprawę? Lekarz, który miał mocny szlif „pogotowiarski” musiał ustąpić i musiał odejść. To jednak nie wszystko, bo była podobna sprawa z innym lekarzem rezydentem specjalizującym się w anestezjologii w Szpitalu Południowym. Też doszło do szarpaniny i jak się sprawa skończyła? Także doktor anestezjolog musiał odejść

— podkreśla lekarz, który w Szpitalu Południowym pracował przez wiele lat.

Czytaj także

  • Wiedzieli o wszystkim ws. Kacprzyka? Sensacyjne doniesienia!

Ściągają prezesów z całej Polski wg partyjnego klucza

Ze środka szpitala płyną także informacje, że kierownictwo wolało zatrudniać lekarzy na kontrakty. To było dla nich dużo wygodniejsze, choć kontrakt daje pole do olbrzymich nadużyć, bo tu stawki zależą od uznania prezesa, a nie dyrektora medycznego. Niestety szpital na tym bardzo tracił.

„Dawidek” był forowany przez prezydenta Rafała Trzaskowskiego i panią Renatę Kaznowską, a i prezesi szpitala też zależeli od ich decyzji. Stawka zleżała od ich uznania, a dyrektor ds. medycznych mógł albo to klepnąć, by jakoś to wszystko ratować, albo go już tam nie było

— słyszymy od naszego informatora, który zwraca uwagę, że na tym wszystkim przede wszystkim cierpią pacjenci.

W całej tej sprawie nie chodzi o to, czy był ten „Salonik VIP”, czy nie. Tu chodzi o ludzi, o pacjentów. Bez wsparcia mediów i nagłaśniania sprawy tu się nie zmieni, bo Sobierańska-Grenda nic nie robi. To jest następny człowiek nikt. Marzę o tym, żeby media zaczęły pisać o tym, jak traktuje się dziś funkcje prezesów szpitali, bo to nie jest przecież posada dożywotnia, to nie jest jakiś ping pong. Pamiętamy, że prezes Artur Krawczyk wcześniej nie sprawdził się w Płocku i także w Przasnyszu, to posadzono go w Dziekanowie Leśnym, a później Rafał Trzaskowski zabrał go do Warszawy, na prezesa Szpitala Południowego. Pamiętamy, że z kolei prezes Ewę Więckowską ścignęła tu prezydent Hanna Gronkiewicz-Waltz ze Śląska, a to jej znajoma z Platformy Obywatelskiej (poseł V kadencji – przyp. red.). Pewnie „przypadkowo” znalazła się w Warszawie i dowiedziała się o posadzie prezesa szpitala na Solcu. I podobnie prezes Zbigniew Marcinkiewicz był przywieziony z Olsztyna i też prezes Teresa Wiśniewska. Cały czas decyzją politycy, Platforma Obywatelska przywoziła sobie swoich nominatów na prezesów z całej Polski. Z kolei prezes Anna Łukasik rozłożyła już cztery szpitale w Warszawie, m.in. kliniki Akademii Medycznej na Banacha i w nagrodę jest prezesem Szpitala Południowego

— podsumowuje lekarz, który na razie woli wypowiadać się anonimowo.

Czytaj także

  • Nie tylko Szpital Południowy! Wstrząsający nowy wątek ws. lekarza-milionera z KO

koal

Śledź nas na Google News

Bądź na bieżąco — dodaj nas do Google News

Dziękujemy za przeczytanie!

Twoje wsparcie ma znaczenie. Buduj z nami niezależne media.

Wszystkie teksty publicystyczne i analityczne w jednym miejscu. Dołącz do nas.

Subskrybuj Oglądaj wPolsce24 Wesprzyj nas

Zobacz inne