Gdy człowiek stanie się bogiem – recencja
„Teologia modernistyczna jest fałszywa i jałowa, lecz w obawie przed anatemą, która mogłaby wykluczyć ją z Kościoła, misternie utkała swoje sofizmaty”. Tym jednym zdaniem można oddać to, co czeka na czytelnika w „Religii człowieka” ks. Álvaro Calderóna. W obliczu tak niezwykle fascynującej lektury można postawić sobie szereg pytań nie tylko o zmiany, które zaszły w Kościele, ale wręcz i takich, których sami byśmy się pewnie nie spodziewali: Czy dokumenty II Soboru Watykańskiego zostały napisane specjalnym kodem, który odszyfrować mogą jedynie wtajemniczeni?
Jeśli tak, to czym był ten sobór i co zamierzano przy jego użyciu osiągnąć? Czym była również mityczna hermeneutyka ciągłości, której tak wiele uwagi poświęcił papież Benedykt XVI w swoich wypowiedziach? Skąd się bierze i czym tak naprawdę jest „godność człowieka”, na którą wszyscy się powołują? Czym jest przyjaźń i co tak naprawdę daje ona tym, którzy określają się mianem przyjaciół? Czy hierarchia duchowna Kościoła katolickiego zrzekła się władzy w tymże Kościele?
Dlaczego moderniści unikają formułowania konkretnych i jednoznacznych definicji? Dlaczego też tryskają niebywałym optymizmem w obliczu coraz większego spustoszenia wśród wiernych? I wreszcie na koniec. Czy „katolicyzm” posoborowy jest jeszcze wiarą katolicką?
Ks. Álvaro Calderón odnalazł klucz do zrozumienia najbardziej skomplikowanych tekstów soboru i przychodzi nam z pomocą, udzielając odpowiedzi nie tylko na postawione wcześniej pytania. Twierdzi on, że humanizm, który przepoczwarzał się w minionych wiekach w coraz to nowe postacie, ponownie zmienił się w jakąś nową szkaradę, ale znacznie groźniejszą niż wszystkie jego poprzednie odsłony. Tym razem postanowił bowiem przyczepić się do Kościoła niczym pasożyt i żywić się jego życiodajnymi sokami, udając, że nie jest dla niego czymś obcym, ale że jest wręcz jego integralną częścią.
Co gorsza, tym ma się lepiej, im głębiej i mocniej przylgnie do niego. Chroni się zaś przed wykryciem, przywdziewając katolicką maskę, gdzie tylko i jak tylko może. Dlaczego humanizm soborowy za wszelką cenę chce pozostać katolickim, choć przecież nie jest takim w swej istocie? Co więcej udaje katolicyzm i w tym samym momencie, godzi w to, co najbardziej katolickie. Humanizm soborowy wypacza bowiem najważniejsze pojęcia katolickie, dążąc do „podporządkowania Kościoła katolickiego” człowiekowi.
Czym jest ta nowa, tak groźna forma humanizmu? To humanizm „katolicki”. Nie liberalny czy ateistyczny, jak w poprzednich odsłonach. Soborowi humaniści uznali, że aby dotrzeć do świata, należy w miejscu Boga jako celu i dobru ostatecznym, postawić człowieka, choć logicznym jest, że ten cel ostatecznym być przecież nie może. Chwała Boża, w której człowiek może mieć swój udział nie jest jednak jego własną chwałą. Mimo to podjęto próbę potraktowania człowieka jak Boga i złożono wszystko do jego ludzkich stóp, bo przecież, jak twierdzą owi humaniści, sam Bóg oddał syna swego jako okup za ludzi.
Musieli więc być dla niego niezwykle cenni, cenniejsi niż Syn Boży. Po tym jak zagrano va banque, postawiono wszystko na głowie, począwszy od porządku społecznego i życia w rodzinie, poprzez autorytet i władzę, aż po sam sens zbawienia, ponieważ celem człowieka nie jest już Bóg i służba mu, ale jego własne ludzkie szczęście i spełnienie. Wiarę objawioną przez Boga zastąpił naturalizm, a kult Boga wyparł kult człowieka.
Jak stwierdza bowiem ks. Calderón: „Personalizm (…) czyni z każdej osoby małego boga na obraz i podobieństwo prawdziwego Boga, który stara się uwolnić od przyciągania Boskiego Słońca, aby stworzyć własny mały układ słoneczny”. Personalista „czyni Boga sługą człowieka”, a nawet więcej niż to, bo skoro „człowiek jest obrazem Boga, to (…) zasługuje na to samo co Bóg”.
Czy podczas II Soboru Watykańskiego doszło do abdykacji hierarchii duchownej w Kościele? Mimo wszystko wydaje się, że jednak nie. Hierarchia kościelna zachowała wprawdzie swój autorytet, ale się jemu sprzeniewierzyła. Siły wrogie Kościołowi zamiast nakłonić ją do ustąpienia z urzędów, raczej wpoiły jej, jak na nowo myśleć, ale nie było to już myślenie katolickie.
Równolegle dokonywano nieustannej demokratyzacji struktur Kościoła, promując przy tym kolegializm, co dzisiaj przejawia się jako synodalność, gdzie pozostałości autorytetu i władzy usiłuje rozpuścić się kwasami mętnych haseł o poczuciu służby ludowi Bożemu, zamiast samemu Bogu. Jak można się domyśleć, znika przy tym moralna odpowiedzialność osób, zajmujących najważniejsze kościelne urzędy.
Przeprogramowane umysły biskupów były w stanie dokonać zdrady wobec Chrystusa i depozytu wiary, często o tym nie wiedząc, a przynajmniej tłumacząc samym sobie, że tak radykalne środki są konieczne, aby doszło do wyczekiwanej jutrzenki. Duchowieństwo było zaślepione przekonaniem, że wprowadza Kościół na tory wiodące do świetlanej przyszłości. Wiosna jednak nie nadeszła. Tymczasem stworzono nową religię – religię człowieka – która gubi go i pcha na zatracenie, bo wmawia mu, że jest Bogiem, którym nie jest.
Wiara katolicka zostaje więc z uśmiechem zbrukana bałwochwalstwem przez ateistyczny humanizm, który przywdział katolickie szaty. Wyznawcy religii człowieka kłaniają się już tylko przed stworzeniem i do tego samego usiłują zmusić Boga, aby oddał pokłon przed człowiekiem, który myśli, że jest Bogiem. Konkluzja ta jest naprawdę straszna. Szatan wie dlaczego upadł i w to samo miejsce pragnie zaprowadzić człowieka, nad tą samą przepaść. Swoje nici utkał misternie, tak że są ledwo widoczne, ale wprawnemu oku ks. Álvaro Calderóna udało się je dostrzec, a nawet więcej niż to, bo wskazał je nam palcem.
Choć lektura „Religii człowieka” przez pierwsze kilkadziesiąt stron wydawała się być mało porywająca, a nawet momentami nieco się dłużyła, to już po kilku kolejnych stronach okazała się zaskakująco przystępna, wciągająca, odkrywcza i pożyteczna. Najpierw czytelnikowi podano podstawy, aby nadążał za tokiem myśli autora w najważniejszych kwestiach. Jest to część konieczna, choć może i mało przyjemna.
Zaraz za nią, gdy ks. Calderón zaczął już wskazywać kolejne fragmenty obrazu, w którym dostrzegałem coraz więcej i więcej szczegółów, aż wreszcie ukazał mi go w całej pełni, dokonał czegoś niezwykłego, tak że pozostaję jeszcze pod głębokim tego wrażeniem. Otóż bowiem obraz ten, bez cienia wątpliwości, przedstawiał bestię. Parafrazując fragment Apokalipsy św. Jana – bestię, która mówi jak smok, choć wygląda jak baranek. Z każdą stroną coraz bardziej mieszają się w nas przychodzące po sobie sprzeczne odczucia i wrażenia z lektury.
Przeplatają się ze sobą niczym różnobarwne nici pałacowego arrasu. Jedne budzą grozę, a jednocześnie przychodzi z nimi pewne zrozumienie dla rzeczy, które były wcześniej przed naszymi oczami, ale jakbyśmy ich nie widzieli. Inne napawają żalem, aby już po chwili zamienić się w katolicką i prawdziwą radość pochodzącą od Boga. Budzi się także współczucie spowodowane ogromną naiwnością, złudnymi nadziejami i nieuzasadnionym optymizmem reformatorów, którzy ostatecznie ponieśli porażkę, ponieważ prawdziwy Kościół wciąż żyje, a pasożyt ma się coraz gorzej, choć mogłoby się wydawać, że odnosi zwycięstwo.
Nici te spleciono w jakiś tajemniczy i nierozerwalny sposób, ale da się dostrzec rękę tego, który to wykonał. Można odnieść nieodparte wrażenie, że ks. Calderón odsłania nie tyle soborowe tajemnice, ale wręcz najmroczniejsze tajniki umysłu samego diabła. Tę książkę trzeba po prostu przeczytać!
Pracę można nabyć w naszej księgarni internetowej TUTAJ.